"Na białych skrzydłach uciec..."

"Na białych skrzydłach uciec..."
Wiki Arwena

środa, 3 maja 2017

W Bieszczadach fr.2


Nie powinnam była brać ze sobą tego zdjęcia. Dziecko miało tylko pięć lat, dziewczynka o jasnych, wesołych oczach. Możliwe, że błękitnych. Tak, na pewno błękitnych! Na czarno - białej fotografii nie widać koloru oczu. Obok małej jej matka, przytula córeczkę, obie patrzą w obiektyw aparatu. Są do siebie takie podobne, ten sam uśmiech, oczy... Są? Raczej były... były piękne zanim, ech... Miałaś o tym nie myśleć! Skoncentruj się na obecnej chwili! Masz urlop, całe czternaście dni, które spędzisz w głuszy, na krańcu świata. Zrozum, właśnie spełnia się twoje największe marzenie, a ty wszystko chcesz zepsuć! Weź się w garść! W tych górach mieszkają podobno dobre anioły, które biorą w opiekę każdą udręczoną duszę. Żadna istota na ziemi nie potrafi tego, co bieszczadzkie anioły. Zobaczysz, one o ciebie zawalczą, czyli zrobią coś, na co ty od dawna nie masz już siły.
Droga zdaje się nie mieć końca. Powinnam się gdzieś zatrzymać, odpocząć, czegoś napić. Zaschło mi w gardle. Mam chyba w schowku butelkę wody mineralnej. Totalny bałagan! Chusteczki higieniczne, miętusy, jakieś tabletki, scyzoryk makgajwera, pomadka do ust, piersiówka... Piersiówka? Krzysiek musiał ją tutaj włożyć. Wariat! Podarował mi to cacko na czterdzieste drugie urodziny. Dziwny prezent! Głupio mu było, gdy się rozpłakałam. Skąd mógł wiedzieć, przecież mu nie powiedziałam. Nikomu nie powiedziałam, nawet sama próbowałam zapomnieć. Chciałam wierzyć, że to, co się zdarzyło tamtej nocy, jest tylko sennym koszmarem...
Koszmary potrafią być bardzo realistyczne. Człowiek owładnięty myślą o nich zachowuje się jak chore, zaszczute zwierzę. Inne sprawy schodzą wtedy na plan dalszy. Mnie udało się przezwyciężyć stan odrętwienia, nauczyć się od nowa żyć. Czy na pewno? Nie, okazuje się, że to tylko pozory, chwilowy stan uśpienia, rodzaj samooszukiwania się. Kupujesz w butiku sukienkę i zaczynasz zastanawiać się, jak w niej wyglądałaby ona, kobieta z twojego koszmaru. Patrzysz na bawiące się na placu zabaw dzieci, wsłuchujesz się w ich śmiech, podekscytowane głosy, i wyobrażasz sobie tą małą. Co by wolała - huśtawkę czy zjeżdżalnię? Jesteś w pracy, stukasz ostro w klawiaturę, bo musisz do końca zmiany przepisać ważny dokument dla szefa, i masz wrażenie, że każdy ze współpracowników patrzy ci na ręce... ręce, które przecież ubrudzone są we krwi. Czy można kogoś zabić i o tym zapomnieć? Nie, nie można! Jedź ostrożnie. Włącz radio. Wszystko jedno jaką stację!

wtorek, 2 maja 2017

W Bieszczadach fr.1


Jestem w drodze od świtu. Przed godzinką minęłam jakąś wioskę, potem pusto, żadnych domów, tylko pola i łąki, rzeka, bagno, przed chwilą zaczął się las, a raczej ogromna puszcza, drzewa giganty, gąszcz, tu i ówdzie tumany mgły. Krajobraz jak z jakiegoś cholernego horroru, myślę i ściszam radio. Brakuje tylko, żeby w baku wyschło paliwo! O nieee, nie tym razem! Nie popełnię tego samego błędu co przed miesiącem! Wtedy zdałam się na Krzyśka i utknęłam bez kropli paliwa między stacjami. Dziś sama zatankowałam do pełna! Renówka śmiga jak wiatr. Jestem dobrej myśli. W końcu mam urlop. Zostawiam wszystko na dwa tygodnie, włącznie z nowiutkim tabletem, smartfonem, szpilkami z internetowego shopu za dwieście dziewięćdziesiąt dziewięć złotych, tandetną biżuterią, całą tą połyskującą w słońcu tandetą. Oho, błyska się! Grzmi. Psia kość, znowu ulewa! Świata nie widać! Grube krople bębnią w dach samochodu. Wycieraczki pracują rytmicznie, miarowo. Postanowiłam, że nie będę narzekać. Choćby nie wiem co się działo, masz śpiewać dziewczyno, powtarzam sobie w myślach, potem pam pam pam w kierownicę i wciskam mocniej pedał gazu. Auto wyrywa do przodu. Jest już późno. Nie uśmiecha mi się spędzić całe przedpołudnie w tym lesie z bieszczadzkimi diabłami. Na nogach gęsia skórka. Zapomniałam włączyć ciepły nawiew. Ciągle mam wrażenie, że kiedyś już tu byłam. Ta ulewa, ten las, gęsia skórka, ciepły nawiew... Deja vu?
Skoncentruj się, dziewczyno, strofuję sama siebie. Wczoraj też miałaś deja vu i co z tego? Podobno sześćdziesiąt siedem procent ludzi doświadczyło deja vu przynajmniej raz w życiu. Słyszysz? Sześćdziesiąt siedem procent! Taka cyfra chyba wystarczy, abyś wybiła sobie z głowy myśl o niezwykłości tego przeżycia? W Bieszczadach jestem po raz pierwszy. Wcześniej tylko o nich marzyłam... To właśnie możliwość spełniania marzeń utrzymuje mnie przy życiu.
- Góry, moje ukochane góry - śpiewam cichutko, jakbym bała się, że mnie usłyszą i uciekną. Nie usłyszą, deszcz szumi. Nie uciekną, będą zawsze na ciebie czekały, pełne piękna i grozy. Uciekać potrafią tylko ludzie, przed odpowiedzialnością, miłością, przed samymi sobą...
Przejaśnia się. Ulewa przechodzi w lekką mżawkę. Uchylam okno i oddycham głęboko. Powietrze przesycone lepką i chłodną wilgocią orzeźwia, chłodzi rozgrzane policzki. Delikatnie naciskam hamulec, auto zwalnia, sunie powoli po asfalcie. Tak jest dobrze. Nawigacja milczy. Cały czas prosto, wytyczam w myślach drogę, wystawiając rękę na zewnątrz. Drobne krople przyjemne łaskoczą chłodem. Najpierw zaciskam pięść, potem rozprostowuję palce i znów zaciskam. Na szosie pusto, brak pobocza, żadnych znaków, tylko po obu stronach nieprzenikniona ściana lasu. Grzmoty ucichły. Deszcz staje się coraz drobniejszy, rzadszy, w końcu zupełnie niknie. Wiatr uspokaja się. Spoglądam na zdjęcie zatknięte za lusterko, na widniejące na nim roześmiane twarze. Ja chyba też uciekam... od wspomnień. Miałaś śpiewać, wariatko, szepczę, walcząc z napływającymi do oczu łzami. Bieszczadzkie diabły zrobiły jednak swoje.

poniedziałek, 1 maja 2017

Mężczyzna o fiołkowych oczach


Lubię swoje podróże do pracy. Pociąg kołysze się na boki, a ja skulona w kącie przedziału spoglądam w okno na migocące w oddali światła. Jest późny lipcowy wieczór. Wokoło cisza. Słychać tylko rytmiczny stukot kół po szynach. O tej porze w przedziale prawie pusto, jestem tylko ja i mężczyzna o fiołkowych oczach. Podróżujemy razem od tygodnia, wsiadamy na tej samej stacji, mój towarzysz wysiada wcześniej, ja przystanek dalej. Przemykające za oknem światła rozmazują się, znikają. Zamykam oczy i wyobrażam sobie ludzi spędzających ten wieczór w wygodnie umeblowanych domach, oglądają telewizję, jedzą ze smakiem kolację, wesoło rozmawiają, potem kochają się. My milczymy, mężczyzna o fiołkowych oczach ani razu jeszcze na mnie nie spojrzał. Nie rozumiem, jestem przecież atrakcyjną kobietą, atrakcyjną i samotną. Wymyśliłam mu imię, które szepczę niczym zaklęcie. Iwo, spójrz na mnie, powtarzam w myślach, gdy już siedzimy w przedziale. Wierzę, że kiedyś usłyszy to moje telepatyczne przesłanie.
Iwo to imię zapamiętane z harlequina. Przystojny, młody biznesmen przypadkiem spotyka w pociągu dziewczynę, w której zakochuje się od pierwszego wejrzenia. Spędzają ze sobą upojną noc, ona jednak niczym Kopciuszek na balu nagle znika, on postanawia ją odnaleźć. Romantyczna historia. Mój znajomy o fiołkowych oczach mógłby być takim księciem... A co jeśli ma żonę? Jest w niej bezgranicznie zakochany i nie mogąc doczekać się chwili, w której znów ją ujrzy ubraną w kuchenny fartuszek i pochyloną nad garnkiem gotującej się zupy, fantazjuje o byciu z nią. Jedynie miłość do ślicznej, troskliwej żony tłumaczy jego obojętność. Przemknęło mi nawet przez myśl, żeby wysiąść na stacji wraz z Iwem, pójść jego śladem, dowiedzieć się prawdy. Kiedy jednak pociąg zahamował, zabrakło mi odwagi. Mężczyzna o fiołkowych oczach znikł w ciemnościach nocy. Od tygodnia podróżuję na gapę. Przez ten czas konduktor ani razu nie zażądał ode mnie biletu. Zawsze kontroluje Iwa, mnie zdaje się nie zauważać. Dziś podchodzi do mnie, serce zaczyna bić mi mocno, on jednak tylko uchyla okno.
- Upał - mówi z uśmiechem i idzie dalej.
Mam wrażenie, że jestem przezroczysta. Na wszelki wypadek dotykam swojej szyi, krew pulsuje, rozpinam koszulę, głaszczę dekolt, wzdycham. Moje ciało żyje i domaga się pieszczot. Mężczyzna o fiołkowych oczach spogląda nerwowo na zegarek.
Spieszy się. Przed laty ja też się spieszyłam. Ta podróż wydawała się wtedy trwać całą wieczność. Dziś jest wszystkim, co mam. W chłodnym mieszkaniu, do którego wracam co wieczór, pełnym walizek, pudełek i przykurzonych mebli, nikt na mnie nie czeka. Iwo wyciera spocone dłonie o nogawki spodni. Chyba się czymś denerwuje. I ten smutek w jego fiołkowych oczach! Czyżby stracił kogoś tak jak ja? Nie, to niemożliwe, jest po prostu zmęczony, może coś nie poszło mu w pracy, szef się wściekł. Smutek minie... jak wszystko. Uwaga, konduktor wraca! Chyba dziś go zaczepię. Jadę bez biletu, przyznam mu się z uśmiechem. Niech mi wlepi mandat! Nie jestem przezroczysta...
- Przed tygodniem, mniej więcej o tej samej porze, zdarzył się w tym przedziale wypadek - mówi konduktor do Iwa. - Umarła kobieta... Siedziała zawsze o tam... pod oknem! - wskazuje w moim kierunku. - Wie pan, serce... nie wytrzymało! Szkoda jej, była młoda, piękna, ech!

Czuję, jak coś nagle chwyta mnie za gardło, mocno ściska, aż boli. Brakuje tchu, dławi. Fiołkowe oczy patrzą w moją stronę ze smutkiem. Teraz już wiem, że mnie nie widzą.

niedziela, 30 kwietnia 2017

Zielone kamasze fr.4


Matka przestała się jej śnić przed miesiącem, to wtedy przyszły sny o zielonych kamaszach. Początkowo Alicja była zła z powodu tej niesamowitej odmiany, tęskniła za matką, wkrótce jednak po przebudzeniu, rozpamiętując treść sennych przeżyć, zaczęła odczuwać szczególny rodzaj przyjemności... Widok unoszącej się za oknem postaci, której twarzy nigdy nie mogła dojrzeć, intrygował coraz bardziej. Dałaby wiele, by móc ujrzeć tę twarz. Ilekroć jednak próbowała pokierować treścią snu, naciskała klamkę, aby uchylić okno, sen urywał się, pozostawiając obok odczucia przyjemności niedosyt. Teraz, siedząc na okiennym parapecie z kartką papieru, przyglądała się powstałemu z połączenia kałuż kształtowi.
- Zielone kamasze - szepnęła.
- Przepraszam - usłyszała w odpowiedzi. Zaskoczona drgnęła nerwowo i uniosła nieprzytomny wzrok. Na środku pokoju stała nieznajoma dziewczyna z wielką torbą śmieci w ręku. Uśmiechała się niepewnie.
- Cześć - powiedziała lekko speszona. - Pukałam i... i weszłam, choć nie słyszałam "proszę". Deszcz wszystko zagłusza...
- Cześć - wydusiła z siebie Alicja, gapiąc się na niespodziewanego gościa jak na niezidentyfikowany obiekt latający.
- Jestem tutaj nowa. Mieszkam w pokoju obok - ciągnęła tamta. - Możesz mnie oświecić, gdzie w tym kurniku jest zsyp?
Uniosła torbę ze śmieciami i znów się uśmiechnęła. Miała łagodne niebieskie oczy.
- Śmietnik jest na zewnątrz - odparła Alicja, z zaciekawieniem przyglądając się nowej sąsiadce.
Następne dziwadło, pomyślała, odpowiadając uśmiechem na zaskoczone spojrzenie właścicielki niebieskich oczu. Dziewczyna jakoś nie pasowała do wizerunku typowej mieszkanki akademika. Rude włosy rozjaśnione pasemkami były niedbale upięte w kok, na wydatnym nosie tkwiły okulary w grubej, w jednym miejscu sklejonej taśmą bezbarwną, oprawce. Szare, powyciągane na kolanach, spodnie dresowe czasy świetności miały już dawno za sobą. Na stopach...
- O Boże, zielone kamasze! - krzyknęła nagle Alicja, o mało co nie zlatując z parapetu na podłogę. Z trudem złapała równowagę.
- Podobają ci się? - zapytała tamta, demonstrując obuwie. - Sama je zrobiłam - dodała z dumą.


(historia zainspirowana snem)

Zielone kamasze fr.3


Alicja nigdy nie należała do osób twardo stąpających po ziemi. Ucieczki w wyimaginowany świat, gdzie czuła się najlepiej, były na tyle częste, aby wyrobić jej opinię dziwadła wymagającego fachowej opieki lekarskiej. Przebywając w kokonie własnych myśli, potrafiła całkiem odgrodzić się od rzeczywistości, co nawet u najbardziej ekscentrycznych mieszkańców akademika uchodziło za skrajne dziwactwo, gdyż oni, folgując własnym słabościom, szukali kontaktu z innymi, ona zaś uchodziła za pustelnicę, która żyjąc wśród ludzi, pozostaje jednocześnie w izolacji.
Nic sobie nie robiła ze złośliwych uwag koleżanek, które wprost nie mogły znieść jej inności i na każdym kroku okazywały swoją wyższość. W czym były lepsze od niej? Chyba tylko w kupczeniu własnym ciałem. O ile Alicja nadal pozostawała dziewicą, one oddawały się każdemu mężczyźnie, który zaoferował drobną sumkę, prochy bądź kolację w jakiejś podrzędnej knajpie. Niektóre z nich seks traktowały jako rodzaj sportowego współzawodnictwa, stając się w tej sferze prawdziwymi mistrzyniami. Gdyby mężczyźni wręczali za to medale, pokoje tych dziewcząt byłyby pełne trofeów, dowodów rzeczowych ich niezaprzeczalnego triumfu, dominacji, popularności. Nic więc dziwnego, że traktowały Alicję jak kogoś innego sortu, szczególnego rodzaju wynaturzenie.
Deszcz nasilił się, z mżawki przeszedł w rzęsistą ulewę. Krople uderzające w parapet zagłuszały odgłos jadących po ulicy samochodów. Alicja lubiła szum deszczu, uspokajał, przywołując wspomnienia z dzieciństwa. Matka zabierała ją na długie spacery. Chodziły w ciepłych strugach deszczu wśród spieszących się przechodniów, rozmawiając do woli bez obaw, że ojciec im przeszkodzi, zarzuci knowania przeciwko niemu. Miał na tym punkcie jakąś manię. Ciągle wydawało mu się, że matka go zdradza i planuje rozwód. Na tym tle między rodzicami dochodziło do częstych kłótni, które kończyły się zazwyczaj wyzwiskami, ale nie tylko... bywało, że matka przez kilka dni nie mogła wyjść z domu, by nie narazić się na plotki ze strony sąsiadek. Ślady kłótni były nazbyt widoczne. Wspomnienie wspólnych spacerów pod parasolem będzie już zawsze budziło w Alicji rozczulenie.

sobota, 29 kwietnia 2017

Zielone kamasze fr.2


Po połączeniu punktów zewnętrznych powstaje figura przypominająca but. Alicja roześmiała się. Był to śmiech szczery, prawdziwy, oczyszczający, taki, dzięki któremu człowiek zaczyna czuć się naprawdę dobrze. Dawno już się tak nie śmiała. Może powinna napisać rozprawę filozoficzną o tych kałużach? Sukces murowany! Jej promotor pewnie spadłby z krzesła na wieść o zmianie tematu magisterki. Temat ten, zapisany w kajecie profesora Laska przy jej nazwisku, nabierał wartości jak przechowywane w piwniczce wino. Alicja, mimo że na obecną chwilę powinna mieć pokaźną stertę materiałów, nie postąpiła w pracy ani na krok. Nurtowały ją zgoła inne zagadnienia, ciekawsze i ważniejsze, od których czuła przyjemne mrowienie wzdłuż kręgosłupa.
But? Ostatnio dużo śniła o butach, konkretnie o zielonych kamaszach z filcu na stopach tajemniczej postaci fruwającej za akademikowym oknem. Sen wydawał się bardzo realistyczny i wracał kilka nocy z rzędu, za każdym razem przynosząc podobne doznania, zdziwienie, niedowierzanie, ekscytację i szczęście. Zielone buty z filcu! Alicja przejrzała sennik w poszukiwaniu znaczenia tego snu, nie znalazła nic o zielonych kamaszach. Sen powracał. 
- Powinnaś z tym iść do psychologa - mówiły koleżanki z akademikowego pokoju. - Twoja podświadomość próbuje ci coś ważnego przekazać.

piątek, 28 kwietnia 2017

Zielone kamasze fr.1


Piątkowe popołudnie nie zapowiadało się ciekawie. Alicja postanowiła spędzić je w akademiku. Chciała wreszcie się wyspać, co w trakcie tygodnia graniczyło z cudem. Cały budynek tętnił wtedy nieposkromionym życiem, a cienkie ściany akademikowych pokojów z łatwością przepuszczały wszelkie jego przejawy. Ludzie uczyli się, bawili, winda chodziła nieprzerwanie - z dołu do góry, z góry na dół, telefony dzwoniły, muzyka grała, ciekła woda pod prysznicem, gwizdał czajnik w kuchni, krople deszczu dudniły o parapet. Deszcz padał od tygodnia, znacząc pusty parking brudnymi kałużami, między którymi od czasu do czasu przemykał jakiś człowiek uzbrojony w parasol. Kałuże oglądane z wysoka zdawały się tworzyć na płaszczyźnie parkingu rodzaj mapy. Ciekawe, czy jest to układ przypadkowy, czy może z góry przez kogoś zaplanowany, zastanawiała się Alicja, rozrysowując na kartce papieru ułożenie brunatnych plam. Łączyła je na różne sposoby, przyglądając się z zaciekawieniem powstałym kształtom. Tym kimś mógł być Bóg, jednak Alicja przestała wierzyć w jego istnienie przed rokiem, w dniu, kiedy po długiej chorobie zmarła jej matka, albo mieszkańcy innej planety - obcy, którzy podobno od wieków kierują ziemskim życiem niczym marionetkarz lalką. Czy ktokolwiek się nad tym w ogóle zastanawia?
- Jesteś wariatką! - powtarzał ojciec, ilekroć pojawiała się w domu na weekendy. Po pogrzebie matki przestała więc tam bywać, a ojciec nie zadał sobie trudu, aby sprawdzić, co się z nią dzieje. Szybko pocieszył się w objęciach innej kobiety. Może nigdy nie kochał matki, a może po prostu przestraszył się, że nieboszczka pociągnie go - samotnego wdowca, za sobą na drugą stronę? Zawsze był tchórzem, pomyślała Alicja, kreśląc na papierze kolejny kształt. Nigdy też nie akceptował jej wyborów. Filozofia to najgorsze co mogła, jego zdaniem, wybrać. Gdyby poszła śladem ojca (śladem znanego w środowisku medycznym profesora nadzwyczajnego, kierownika katedry anatomii patologicznej) i zaczęła studiować medycynę, zapewne byłby szczęśliwy. Mogłaby się teraz pławić w rodzinnej fortunie bez obaw, że następnego dnia zabraknie jej grosza na obiad. Nie musiałaby reklamować tej tandetnej bielizny ani w weekendy sprzątać w biurowcach. Tego rodzaju pytania byłyby też jej zapewne obce. Rozmieszczenie kałuż na parkingu nie może być przypadkowe!

wtorek, 25 kwietnia 2017

Głupia Zosia


Nazywali ją głupią Zosią, choć wcale nie była głupia. Kiedy większość narzekała, ona się tylko uśmiechała. Kiedy większość się modliła, ona zamykała oczy i milczała. Nie było przecież w tym nic złego, a jednak zachowanie Zosi ludziom przeszkadzało. Tacy już jesteśmy, i tego nie zmienisz, odmienność wśród swoich traktujemy jako coś chorego, coś, co łatwo można zepchnąć na margines życia, wyśmiać, zignorować, uczynić przezroczystym. Zosia była po prostu inna.
- Czemu ty się nie modlisz i nie chodzisz do kościoła? - pytają ją ludzie.
- Zobaczysz, Bóg cię ukarze - dodają, kręcąc głową na znak niezadowolenia.
Zosia uśmiecha się tylko, zamyka oczy i unosi ramiona, jakby chciała objąć kogoś niewidzialnego. Wiem, ty robisz tak często, anioł, który zszedł na ziemię, by ukazać się wybranym.
Piję piwo, ty siedzisz w fotelu obok i opowiadasz o niebie. Razem obejrzymy kolejny odcinek Columbo. Zosia właśnie kładzie się spać, jest odprężona i wesoła.

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Podwójne życie Alicji J.


Od sześciu miesięcy na facebooku. Pół roku spędzone wśród słów i obrazów, które nie mają nic wspólnego z rzeczywistością, z nią samą. Stu trzydziestu trzech znajomych, mnóstwo możliwości na długie, zimowe wieczory spędzane w czterech ścianach kawalerki. Lista znajomych długa, a w sercu poczucie ogromnego osamotnienia. Zamiast podziwiać krajobraz roztaczający się z okna, mogłaby przecież iść w kierunku zachodzącego słońca albo czytać książkę ulubionego pisarza, każdego dnia wciśnięta w fotel stuka w klawiaturę. Ma trzydzieści pięć lat i czuje, że od wewnątrz zaczyna toczyć ją pustka niczym robak. "Wczoraj mąż podarował mi na imieniny uroczy bukiet róż", "Ja i moja ukochana żona podczas wymarzonych wakacji", "Dziś kupiłam szpilki w najdroższym butiku", "Nasz cudowny maluszek ma pierwszy ząbek". Wzrok prześlizguje się po rzędach liter, zaczepia twarze uśmiechające się ze zdjęć. Alicja zamyka oczy i wyobraża sobie, że boso spaceruje po plaży. Piasek jest chłodny, a szum morza jak ukochana kołysanka z dzieciństwa. Słyszy śpiew mamy, która w kuchni piecze szarlotkę.
Ciasto ma lekko kwaskowy smak, pachnie cynamonem i wanilią. Alicja, śmiejąc się, klaszcze w dłonie, podskakuje w miejscu. Ma ochotę na jeszcze jeden kawałek szarlotki. Jest szczęśliwa. Nagle śpiew mamy cichnie, a w jego miejsce pojawia się odgłos dzwonów kościelnych. Mężczyzna w granatowym garniturze patrzy na nią czule, później długo całuje, przytula, przyrzeka być zawsze. Wszystko mija... Chłodny podmuch wiatru od morza. Alicja pisze list do samej siebie, w którym opisuje plażę, piasek, wiatr i morze, przykleja znaczek na białej kopercie, adresuje, potem czeka na odpowiedź. Zanim list dojdzie, Alicja przejrzy wszystkie fotografie. Kropelki morskiej bryzy na rozgrzanych policzkach.
Na facebooku toczy się życie. Stu trzydziestu trzech znajomych jak jeden organizm. Wszyscy lajkują, wstawiają selfie. Co chwila padają komendy: "Polub moją stronę!", "Udostępnij!". Fale zacierają ślady stóp na piasku. Alicja spogląda za siebie i już wie, że nie ma powrotu. Morze coraz bliżej, zagarnia stopy, kolana, biodra, brzuch...

niedziela, 23 kwietnia 2017

Zapomniany las fr.5 - rozdział II


Miewała takie sny, zwłaszcza w szpitalu, gdy odurzona lekami nie odróżniała dnia od nocy. Wszystko zlewało się w jedno. Wszystko było cierpieniem, każde słowo, spojrzenie, każdy oddech, dźwięk, kęs jedzenia. Śniła o czasach sprzed porwania Bartusia, o beztrosce, lekkości, cieple, czułości i bezpieczeństwie. Krzysztof co sobotę wypożyczał auto od swojego ojca, jechali za miasto posłuchać ptaków, fotografować stare, olbrzymie drzewa w Puszczy Kampinowskiej. Wdychając zapach leśnej ściółki, patrzyła na rozpostarte na niebie korony dębów i buków, czuła się szczęśliwa. Kiedy sen mijał, nienawidziła wszystkiego wokół, bolesnej dosłowności świata. A co jeśli i teraz śni? Jeżeli nawet tak jest, nie chce się budzić... Sen, który przynosi doznania tak prawdziwe i piękne, na wskroś przesiąknięte nadzieją, że pobudka mogłaby zabić, niech trwa jak najdłużej, całą wieczność. Gdyby okazało się, że wszystko jest złudzeniem, nie dałaby rady na nowo się podźwignąć, uwierzyć w jakieś jutro. 
- Bracia Zarębowie pojadą ciągnikiem, a my wozem - rzekł Walenciak. - Po drodze wstąpimy na plebanię.
- Dobrze, panie Stanisławie - odparła Agnieszka, patrząc przez okno na mężczyzn ładujących na wóz drewniane krokwie i łaty, które jakiś czas temu zakupiła w pobliskim tartaku z myślą o remoncie dachu. - Widzę, że zwerbował pan jeszcze kogoś do pomocy. Co to za chłopak? Nie za młody do tak ciężkiej pracy?
- Tutaj każdy na robocie się zna - powiedział Walenciak. - A ten chłystek nietutejszy! Przyjechał na letnisko do Bednarskich. Pomóc chciał, zgodziłem się. Przytrzyma krokiew, łatę poda, gwoździe przyniesie, a i pani w chałupie wyprzątnąć pomoże. Niech sobie chłopak zarobi parę groszy!

sobota, 22 kwietnia 2017

Zapomniany las fr.4 - rozdział II


Łatek szczekał nieprzerwanie. Nie ucichł nawet wtedy, gdy gospodarz wyszedł przed dom i go złajał.
- Nie lubi pijaków psisko! - Roześmiała się Jagna. - A bracia Zarębowie za kołnierz nie wylewają! Kiedy nieboszczka Agata żyła, krótko ich trzymała, pilnowała, ścigała za pijaństwo. Bali się matki, a teraz... Nic chłop niewart bez kobiety w chałupie!
Agnieszka milczała, głaszcząc wilczka po pysku. Ona wiedziała najlepiej, jak bardzo samotność potrafi dokuczyć człowiekowi. W jednej chwili odbiera chęć do cieszenia się z czegokolwiek, pozbawia wszelkiej nadziei, w zamian ofiarowując tylko ból, obezwładniający, uniemożliwiający jakiekolwiek działanie.
Czuła też, że los wreszcie się zlitował, stawiając na jej drodze tych dwoje dobrych ludzi. Walenciakowie, sami straciwszy jedyne dziecko, rozumieli ją lepiej niż ktokolwiek. Bez zbędnych słów, ceregieli, użalania się, umieli celnie dotrzeć do źródła bólu i uśmierzyć go zawsze wtedy, gdy najbardziej doskwierał. Była pewna, że w każdej chwili wesprą ją dobrą radą, pomogą, gdy braknie sił. Zaraz po przybyciu do Sokolnik odstawiła leki i to nie dlatego, że były nieskuteczne, po prostu już ich nie potrzebowała. Ukojenie przynosiła praca w ogrodzie, długie spacery po okolicznych polach i lasach, a chyba najbardziej możliwość szczerej rozmowy z mieszkańcami, jakże innymi od ludzi, których spotykała do tej pory. Zapragnęła osiąść tutaj na stałe. Stara chałupa w Zapomnianym Lesie, bo odkąd usłyszała jego historię, tak właśnie nazywała to miejsce, stała się przedmiotem jej marzeń. Zamieszka na Słonecznej Polanie, postanowiła, i zacznie wszystko od nowa, może w końcu na poważnie zajmie się pisarstwem. Był przecież taki czas, że pisała to i owo, co prawda głównie artykuły do czasopism przyrodniczych, ale trafiały się też krótkie opowiadania.
- Pani Agnieszko - usłyszała zatroskany głos Walenciaka - wszystko gotowe do drogi. Żeby tylko ksiądz proboszcz obiekcji żadnych nie miał... 
- Nie martw się, Stasiu... Nie odmówi! Śmiałości nie będzie miał przez wzgląd na naszą szczodrość! - zawołała Jagna.- Miodu, jaj i serków kozich to on nigdzie lepszych w okolicy nie dostanie! Rzeczywiście, wyroby Walenciaków słynęły nie tylko w okolicy, ale i w całym województwie. Ludzie przyjeżdżali po miód nawet ze stolicy, bo kto raz zasmakował w słodkim przysmaku z pasieki pana Stanisława, z chęcią wracał do Sokolnik i kupował cały zapas dla siebie, rodziny i znajomych. Każdy próbował, uśmiechał się i z zadowoleniem mówił, że dla takich pszczelich specjałów warto było tłuc się przez pół Polski. Pszczół doglądał głównie gospodarz, znał się na tym jak mało kto, gospodyni zaś gromadziła miód w słoikach w kształcie beczułki, naklejała na każdy płócienny kwadracik z wyhaftowaną pszczołą i ustawiała w spiżarce jeden koło drugiego. Prezentowały się pięknie, ciesząc oczy każdego, kto na nie spojrzał.
W gospodarstwie nie brakowało roboty, od wschodu do zachodu słońca krzątanina w domu, obejściu i ogrodzie, a pomimo to Agnieszka nigdy nie słyszała narzekania, wprost przeciwnie, na każdym kroku wesołe śpiewy i żarty. Widać było, że w domu tym goszczą miłość i wzajemny szacunek, choć przecież i tu śmierć swego czasu wzięła bogaty łup. Jagna Walenciakowa była dobrą gospodynią. Ta niewysoka, szczupła, zdawałoby się niezwykle krucha kobieta potrafiła w ciągu kilku godzin oporządzić własne gospodarstwo i jeszcze wspomóc innych, mniej zaradnych mieszkańców wioski. 
- Co tu marudzić - mówiła, gdy ktoś zaczynał gderać. - Taka pszczoła... malutka, delikatna, a samo z niej dobro, słodkie i zdrowe. Nie narzeka, nie ociąga się, tylko pracuje na chwałę Boga!
Była taką pszczołą, małą i kruchą, a jednocześnie silną i wytrwałą. Agnieszka uwielbiała przebywać w jej towarzystwie. Czuła, że ta obecność wzmacnia ją, nasyca nadzieją, przywraca światu. Tutaj wszystko było proste. Pojawiały się jednak i takie momenty, kiedy Agnieszce wydawało się, że wszystko, co ją otacza, wszystko, co się dzieje, jest snem, jakąś ułudą daną jej na chwilkę... chwilkę, która wkrótce zniknie, pozostawiając tęsknotę za czymś, co się nigdy nie zdarzyło.

piątek, 21 kwietnia 2017

Zapomniany las fr.3 - rozdział II


Szczeniak cichutko zaskomlał jakby na znak, że się zgadza, a kiedy Agnieszka położyła go na rzuconym koło pieca starym kożuchu, zwinął się potulnie w kłębek i przymknął ślepia.
- Zajmę się nim - powiedziała Jagna. - Pod naszym dachem jeszcze żadne stworzenie krzywdy nie doznało! Sam powiedz, Stasiu, ile to żeśmy różnych stworzeń leśnych odratowali!
- Ano, było ich mnóstwo! Bocian Franek, sarenka Magda, kuna Klotylda... - przytaknął Walenciak, podnosząc ze stolika koszyk wypełniony prowiantem. - Długo by opowiadać! Każde z tych zwierząt to inna historia! Ale na nas już czas, pani Agnieszko, bo robota sama się nie zrobi! Jeszcze po księdza proboszcza zajechać trzeba!

czwartek, 20 kwietnia 2017

Zapomniany las fr.2 - rozdział II


Na te słowa wilczek uniósł łeb i spojrzawszy na Agnieszkę, zaskomlał żałośnie. Naprężył przednie łapy, lekko zakołysał się i znów zapiszczał. Było widać, że poruszanie się sprawia mu ból. Po chwili jednak zebrał się w sobie i zaczął powoli pełznąć w kierunku wyjścia.
- Hola, bratku! A ty dokąd? Patrzcie, ledwo toto zipie, a już gdzieś się rwie! - zawołał wesoło Walenciak. - Ho ho ho, a to ci dopiero chojrak! Żeby tak wszyscy chętni byli do roboty, to już byśmy tę chałupę w pałac przerobili!
- Jaki mądry! - wtórowała mężowi w wesołości Jagna. - Nadziwić się nie mogę temu stworzeniu! Niby wilczę szczenię, a takie jakby ludzki rozum miało! Będzie miała pani kiedyś pociechę z niego przy domu!
- E tam! Natury nie oszukasz! - rzekł Walenciak. - Wyliże się, sił nabierze i wróci do swoich. Tam mu będzie najlepiej...
- Swoi go nie chcieli - szepnęła Agnieszka i wziąwszy wilczka na ręce, dodała z troską w głosie: - Zostań jeszcze dzisiaj tutaj, maluchny...

środa, 19 kwietnia 2017

Zapomniany las fr.1 - rozdział II


O świcie Walenciak zapukał do drzwi na poddaszu. Kiedy Agnieszka pojawiła się we wsi, obydwoje z Jagną uzgodnili, że dziennikarka zamieszka właśnie u nich, w pokoju Antosia, ich nieżyjącego syna.
- Jemu ta izba nie będzie już potrzebna - powiedział wtedy Walenciak - a ona, biedaczka, odpocznie sobie tutaj od miejskiego zgiełku, sił nabierze i może od nowa życie ułoży, bo po wielkim bólu kiedyś przecież i ukojenie przyjść musi. Co by to było, gdyby nas Bóg tylko samym cierpieniem doświadczał, a radości dla serca skąpił?
Antoś zginął przed trzema laty przygnieciony przez drzewo w lesie. Od tego czasu izba na poddaszu stała pusta. Nie zaglądali do niej, bo i po co...
- Jestem gotowa, panie Stanisławie! - usłyszał wołanie dobiegające zza drzwi. - Zaraz zejdę!
Dopięła swego. Wieczorem, zaraz po powrocie ze Słonecznej Polany, zaszedł do braci Zarębów, którzy zajmowali się we wsi ciesielką. Dobrzy byli w fachu, o innych by nie zabiegał, nie prosił się jak dziad jakiś. Nie dla siebie prosił, ale dla niej, bidulki... Widział, jak bardzo zależy jej na tej starej, zapomnianej przez wszystkich chałupie. Bracia nie kwapili się do roboty. Nosem kręcili, a to że czasu nie mają, bo dach u Bednarskich kończyć będą, a to że żniwa wkrótce. W końcu zgodzili się. Musiał jednak przyobiecać, że księdza proboszcza ze sobą zabiorą, a ten na miejscu stosowne egzorcyzmy odczyni, chałupę wodą święconą pokropi i moce nieczyste precz przegoni. Młodzi a jacy zabobonni ci Zarębowie, pomyślał, schodząc do kuchni, gdzie Jagna akurat podgrzewała mleko dla wilczka. Dziwne to było zwierzę, wychudzone, osłabłe, ledwo ślepia otwierało, a w nocy, nie wiadomo jakim sposobem, widocznie resztkami sił powlokło się po schodach na poddasze i pod drzwiami pokoju Antosia na gołych deskach legło.
- Jak jakieś wierne psisko - stwierdziła Jagna, kładąc malca koło pieca. - A przecież to dzikie, ludzkiej ręki nie zna...
Zanim ruszyli do lasu, Agnieszka nakarmiła sierotę kozim mlekiem. O ile szczenię nie chciało tknąć jedzenia od gospodyni, zaczęło ze smakiem zlizywać cieplutkie jeszcze mleczko z ręki Agnieszki, ona zaś głaskała je pieszczotliwie po sierści, chwaliła i zachęcała.
- Dobry wilczek - szeptała. - Jedz, maluchny, kochany, jedz... Będziesz zdrowy!
Walenciakowie przyglądali się tym dwojgu z prawdziwym wzruszeniem. Dziwili się też ogromnie, że dzikie zwierzę niczym oswojone z takim zaufaniem je z ludzkiej ręki.
- Pani to ma prawdziwy dar - rzekła w końcu Jagna. - Ten osesek od razu się poznał na dobrym człowieku.
Z zewnątrz dobiegł głośny warkot silnika samochodowego, jednocześnie dało się słyszeć ujadanie Łatka, który zwykł jako pierwszy powiadamiać gospodarzy o wejściu obcego na podwórko. Na domowników nigdy nie szczekał. Podskakiwał za to radośnie, obiegał, wracał, węszył i merdał ogonem, pragnąc wszelkimi sposoby wyrazić swoje zadowolenie. Wilczek zaniepokojony także uniósł głowę, postawił czujnie uszy i zaskowytał żałośnie. Warkot ucichł równie szybko, jak się rozległ, zaś w jego miejsce pojawiły się podniesione głosy ludzkie.
- Oho! Komu w drogę, temu czas! - rzekł Walenciak, wstając z ławy. - Bracia Zarębowie przyjechali ciągnikiem!
Jagna również porwała się na nogi i zaczęła pakować jedzenie do dużego, wiklinowego kosza. Uwijała się przy tym jak mrówka. Kosz zdawał się pęcznieć w oczach. Czego w nim nie było! Zawiniątek bez liku. Agnieszka dostrzegła pęto dobrze uwędzonej kiełbasy, dwa bochenki chleba, duży słoik ogórków kiszonych, pomidory, masło, kotlety schabowe. Na koniec Walenciakowa wyjęła z kredensu butelkę wypełnioną po sam korek jakimś jasnobrązowym płynem i mrugnąwszy do Agnieszki, powiedziała półgłosem:
- A to na polepszenie humoru! Tylko nie za dużo, co najwyżej kieliszek, dwa, bo to mocna przepalanka, ze spirytusu! Potrafi uderzyć do głowy niejednemu chłopu, choćby i temu wprawionemu, a co mówić takiej chudzinie!
- Pani Walenciakowa - przytuliła ją Agnieszka - co ja bym poczęła bez waszej pomocy! Nie wywdzięczę się chyba do końca życia! Jesteście dla mnie jak rodzina!

wtorek, 18 kwietnia 2017

Zapomniany las - rozdział I


- To rudera! I okolica nieciekawa… - Walenciak nagle ściszył głos i rozglądając się na boki, jakby w obawie, że ktoś ich podsłuchuje, dodał: - Pani Agnieszko, proszę się nie upierać. To nie miejsce dla kobiety. Odkąd pamiętam chałupa stała zawsze pusta. We wsi mówili, że tutaj straszy, że diabły po lesie grzybiarzy na mokradła zwodzą, ale wie pani, ludzie różne bzdury plotą…
- Ano plotą, panie Walenciak – odpowiedziała, muskając starą, płócienną serwetę niedbale zarzuconą na dębowy stół. – Zamierzam przeprowadzić tutaj remont, a pana proszę o pomoc. Sama nie wiem, od czego zacząć! Tyle tutaj roboty!
- Co mam nie pomóc – rzekł Walenciak. - Skoro taka pani wola, ale powtarzam, że to pieniądze wyrzucone w błoto. Ten las… ech, ludzie różnie mówią!
- Zapomniany las – szepnęła w zamyśleniu. – Zapomniany dla kogoś, kto chce zapomnieć…
Chyba nie usłyszał, bo skuliwszy się w sobie, ciągnął drżącym głosem:
- Pani Agnieszko, teraz taka moda wśród miastowych, że sprzedają mieszkania w blokach i ciągną na wieś, a za nimi cały zgiełk i smród ich dotychczasowego życia. My tu gospodarzymy z dziada pradziada i szacunek do natury mamy. Matka zawsze mnie przestrzegała, żebym do lasu na mokradłach nie chodził, do opuszczonej chałupy nie zaglądał. W czasie wojny Niemcy partyzantów tutaj rozstrzelali, pogrzebać ich nie pozwolili. Ciała leżały na polanie w słońcu. Las sam pogrzeb im urządził. Na cmentarzu nie godzi się budować życia.
Uśmiechnęła się. Całe jej życie usiane było przecież mogiłami. Śmierć towarzyszyła Agnieszce na każdym kroku, uparcie szła jej śladem, zawsze uderzając celnie, w samo serce. Pora przestać uciekać. Wystarczyło jedno spojrzenie, by stara, drewniana chałupa utkana dziurami jak sito, stała się jej bliższa niż cokolwiek na świecie. Jakże były do siebie podobne, naznaczone ranami, stare, samotne, zmęczone. Nie było się nad czym zastanawiać. Decyzję podjęła od razu. Bez żalu rzuciła szybką, błyskotliwą karierę w jednej z warszawskich firm, sprzedała mieszkanie i przyjechała tutaj, na sam kraniec świata. Zostanie. Ten las ją przyjmie jak przyjął ciała pomordowanych żołnierzy.
Walenciak umilkł. Czuła na sobie spojrzenie jego jasnych, poczciwych oczu. Nie powiedział nic, czego by wcześniej nie słyszała. Od czasu, kiedy pojawiła się we wsi, on jeden jej sprzyjał, przyjął pod dach, ugościł i chronił zawzięcie przed nieufnością sąsiadów.
- Ze strachu to robią – mawiał, gdy ludzie, żegnając się znakiem krzyża, uciekali przed nią w popłochu. – Przywykną… Trzeba czasu, na wszystko trzeba czasu.
Powtarzał te słowa jak jakąś mantrę. Poczciwy chłop gotowy przychylić jej nieba, byleby zmieniła zamiary. Pomysł osiedlenia się na Słonecznej Polanie, bo tak w myślach nazwała ten zapomniany przez ludzi skrawek ziemi, od początku nie spodobał się Walenciakowi ani jego żonie. Na różne sposoby próbowali ją odwieść od zamiaru zamieszkania na odludziu.
- A bo to nie ma innych miejsc? – sarkała Jagna Walenciakowa, krojąc słoninę na smalec. – Pani Agnieszko, a chociażby u nas… Chałupa duża, dla wszystkich znajdzie się kąt! Po co kusić złe? Na moczarach podobno sam czart grasuje…
Znała już mnóstwo takich opowieści, mrocznych, pełnych okropieństw, duchów, strzyg i diablików, opowieści, od których jeżyły się na głowie włosy, a serce truchlało w piersi. Co dzień dochodziły nowe. Umyśliła sobie, że gdy już osadzi się tutaj na dobre, spisze te wszystkie historie i pośle Jankowi, znajomemu jeszcze z czasów pracy w wydawnictwie, dobrych, szczęśliwych czasów. Westchnęła, chyba zbyt głośno, bo Walenciak chrząknął i poruszył się niespokojnie.
- Pani Agnieszko - usłyszała niepewny głos starego - trzeba czasu...
- Wiem - przerwała mu i spoglądając przez okno na ciemną ścianę lasu, powiedziała: - Dach dziurawy, koniecznie musimy załatać, wstawić nowe okna i drzwi, uprzątnąć ten bajzel! Dobrze by było zacząć od jutra, tylko że sami nie damy rady. Ludzi nam trzeba. Zna pan może kogo?
Walenciak znowu chrząknął, a potem drapiąc się intensywnie po masywnym karku, począł spacerować między rozrzucanymi po izbie sprzętami.
- Ano... - zaczął - sama pani wie, ludzie się boją. Będzie ciężko, ale gdyby pani zmieniła zdanie i tę chałupę po starej Jóźwikowej wzięła, na pewno przekonaliby się, pomogli, a tak...
- Panie Stanisławie - rzekła z uśmiechem - postanowiłam adoptować Słoneczną Polanę. Czuję, że ona mnie akceptuje. Pasujemy do siebie.
Jakby w odpowiedzi dobiegł ich uszu melodyjny trel jakiegoś ptaka.
- Słyszy pan? Pięknie, prawda? To słowik! - zawołała. - Jego śpiew przynosi szczęście.
Walenciak stanął w kącie, wsparł się łokciem o starą komodę, aż skrzypnęła i zwróciwszy twarz do okna, zaczął wsłuchiwać się w świergot leśnego śpiewaka. Jego przysadzista postać wydawała się Agnieszce w tej chwili nieco komiczna. Grube ramiona, szerokie bary, zmierzwiona broda w kolorze wypłowiałego lnu nadawały mu wygląd przerośniętego krasnala. We wsi uchodził za mędrca, bardzo go ceniono, szczególnie za wiedzę i doświadczenie, ale i za dowcip, niezwykle cięty język. Dziwny to był człowiek, czasem małomówny, czasem szorstki, jednocześnie dobry i prostoduszny. Ktokolwiek miał jakiś kłopot, potrzebował rady, pszczelego miodu albo po prostu chciał pozbyć się bolącego zęba, szedł do Stanisława Walenciaka. Gdy przed trzema miesiącami Agnieszka przyjechała do Sokolnik z zamiarem napisania artykułu o rzadkich gatunkach ptaków i roślin, nie spodziewała się, że zwiąże swój los z losem tego osobliwego starca. Dla niej był jak ojciec.
- To dusza jakiegoś nieszczęśnika woła o pomoc - szepnął, wyrywając ją z zamyślenia. - Późno już, wkrótce zmierzch. Pani Agnieszko, wracajmy lepiej do wsi. Nie ma co po ciemku włóczyć się po lesie, jeszcze jakieś licho przywleczemy do chałupy za sobą.
Straszyli wszyscy, na każdym kroku stare podania, gusła, tajemnicze obrzędy z pogranicza czarnej magii, wianki z ziół, gałązki i dzwoneczki przy drzwiach, zaklęcia szeptane przy zasłoniętych oknach. W ciągu tych zaledwie kilku tygodni napatrzyła się i nasłuchała niemało.
- To tylko słowik - powiedziała. - Nie wstyd panu tak mnie straszyć? - dodała, grożąc mu filuternie palcem.
- Ja tam swoje wiem, pani Agnieszko - mruknął. - Zbierać się trzeba! Berta i po omacku do domu wróci, ale...
Nie dokończył, tylko nacisnął kapelusz na głowę, westchnął głęboko i ruszył szybko do wyjścia.
Rzeczywiście, słońce było nisko nad horyzontem. Jego ostatnie promyki, zagubione wśród zbitej masy gałęzi, nie docierały już do polany, tonęła w głębokim cieniu.
Berta nie podzielała zaniepokojenia swego pana, skubała spokojnie trawę, wybierając spośród zielska co smaczniejsze źdźbła mniszka i koniczyny. Była to stara klacz pociągowa, można powiedzieć emerytka, którą Walenciak zaprzęgał tylko do wozu. Nawet jeśli podczas drogi przysnęło się gospodarzowi, szła równo, bez szaleństwa, zawsze trafiając do domu. Na widok pana Stanisława delikatnie zakołysała ogonem.
- Najadłaś się, maleńka? - zapytał pieszczotliwie, głaszcząc ją po grzywie. - Na nas pora!
Klacz potrząsnęła łbem i prychnęła kilka razy jakby na znak, że się zgadza. Tych dwoje rozumiało się doskonale.
W zagrodzie Walenciaków nie brakowało zwierząt. Po podwórku biegał Łatek, zwinny kundel, mistrz w gonieniu i osaczaniu dzikiej zwierzyny, szczególnie cięty na dziki, które wiosną i jesienią podchodziły prawie pod samą chałupę, pustosząc ogródek warzywny. Na zapiecku sypiał kocur Gacek, w spichlerzu grasowały myszy, a w stajni stadko kóz na czele ze starym capem Mojżeszem. Jagna Walenciakowa dbała o przychówek, zwłaszcza o drób. Kury, kaczki, indyki szły za gospodynią zwartym szeregiem, donośnie gdacząc. Berta była ulubienicą gospodarza. Jak silna łączyła ich więź, ocenić mógł tylko ktoś, kto widział tych dwoje obok siebie. Agnieszka przyglądała im się zawsze z fascynacją. Tak też było i tym razem. Stojąc w drzwiach leśnej chaty, patrzyła, jak Berta żywo reaguje na każde słowo gospodarza, jak wesoło wtedy strzyże uszami, macha ogonem z boku na bok.
- Dasz radę, maleńka. Dasz radę. Ty jedna odważna, ty jedna... - powtarzał Walenciak, zaprzęgając klacz do wozu.
Gdy ruszyli, nad polaną unosiła się już lekka, wilgotna mgła, znacząc ziemię bladymi pasmami. Wóz z cichym skrzypieniem zagłębił się w mrok lasu. Wieczór nadchodził szybko. Agnieszka miała wrażenie, że szybciej niż zwykle. Kiedy znaleźli się wśród drzew, poczuła przenikliwy chłód, sięgnęła więc po leżący na siedzeniu koc, okryła się nim szczelnie i zaczęła rozglądać wokół. W promieniu kilku kroków nie widziała nic oprócz gęstniejącej z chwili na chwilę ciemności. Wszystko w okamgnieniu zamazywało się, zatracało kształty, przeobrażało w jedną, wielką, nieprzeniknioną, sięgającą nieba, ścianę czerni. Walenciak zapalił przytroczoną do wozu lampę naftową. Blade światło rozproszyło mrok. Jechali w milczeniu, wsłuchując się w odgłosy lasu i własne myśli. Berta szła wolno.
Agnieszka zamknęła oczy. Jeszcze nie tak dawno siedziała w pustym mieszkaniu na Mokotowie, rozpamiętując przeszłość. Warszawa miała być dla nich szansą na nowe życie. Krzysztof znowu zaczął rzeźbić, a ona rzuciła się w wir pracy w firmie, potem przyszedł awans. Kupili mieszkanie, samochód. Wszystko się układało. Po tym wszystkim, co przeszli, znowu zaczynało być normalnie, przynajmniej bardzo się starali, by tak właśnie było. Policja już dawno umorzyła śledztwo, a oni… no cóż, oni pragnęli zapomnieć. Nie zapomniała. Koszmar wracał, a w sercu ciągle tliła się nadzieja.
Czasem wystarczyły odgłosy zabawy dobiegające z osiedlowego podwórka albo widok niebieskiej, pluszowej narzutki na dziecięcym wózku, by nadzieja na odnalezienie Bartusia całego i zdrowego na nowo w niej odżyła. Wychodziła z domu i zupełnie jak wtedy, zaraz po porwaniu, całymi godzinami chodziła po mieście lub wystawała na placu zabaw, wpatrując się w dzieci. A potem ten straszny wypadek Krzysztofa, pogrzeb, pojedyncze obrazy widziane jakby przez mgłę, depresja, długie miesiące spędzone w zakładzie psychiatrycznym, leczenie i powolny powrót do rzeczywistości. Los nie oszczędził jej niczego. Jakby nie dość się nacierpiała…
- Stój, stóóój maleńka! Stój… - Usłyszała nagle głos Walenciaka dobiegający jakby z oddalenia. Koła cicho skrzypnęły, wozem szarpnęło. Zatrzymali się.
- Co się stało, panie Stanisławie? – zapytała Agnieszka, odpychając od siebie bolesne wspomnienia.
Rozejrzała się, próbując przeniknąć wzrokiem otaczającą ich czerń, ale las krył skrzętnie swoje tajemnice.
Walenciak nie odpowiedział, machnął jedynie ręką, dając do zrozumienia, aby została na miejscu. Powoli zszedł z kozła. Patrzyła, jak ostrożnie, trzymając się lotry wozu, ruszył do przodu. Klacz niespokojnie strzygła uszami. Poklepał ją uspokajająco po zadzie, a ona prychnęła na znak, że ufa mu bezgranicznie.
- Nooo, maleńka, przecież nie chcemy, by mu się stała jakaś krzywda, prawda? – powiedział, schylając się.
W nikłym świetle lampy Agnieszka dojrzała, jak mężczyzna podnosi z ziemi jakieś zawiniątko. Musiało leżeć na drodze. Może spróchniały pień, stara szmata albo zwierzę, które spłoszone hałasem wbiegło wprost pod końskie kopyta.
- Skąd żeś się tutaj wziął, biedaku? - zapytał stary, kładąc na derkę swoje znalezisko. - Gdyby nie Berta, byłoby po tobie...
Wilczek mógł mieć ze trzy, cztery tygodnie.
- Musiała go odtrącić matka - stwierdził Walenciak i przysunąwszy bliżej lampę, zaczął przyglądać się zwierzęciu. - Cały pokaleczony i ledwo zipie! Bez watahy nie przeżyje!
Rzeczywiście, mały był skrajnie wycieńczony, z ranami na grzbiecie i kończynach. Delikatnie pogłaskany po pyszczku na chwilę otworzył zaropiałe ślepia. Nie bój się, nieboraku, pomyślała Agnieszka, teraz należymy już do siebie.
- Panie Stanisławie - powiedziała - ten las pragnie mi coś ofiarować na powitanie i ja przyjmuję ten dar ze szczerego serca. Od jutra ruszamy z remontem.

poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Okno


Tej nocy spałam dobrze. Gdzieś koło szóstej zaszczekał pies, jakoś tak niespokojnie, żałośnie, potem przyłączyły się inne, ujadały jakby kończył się świat. Była dziewiąta, gdy nastała cisza. Zamilkły ptaki i ustał wiatr. Zamknęłam oczy i wtedy się zaczęło, sąsiad włączył piłę spalinową. W godzinę ściął wszystkie drzewa rosnące na działce. Pojutrze wjedzie tam buldożer, usunie pnie z korzeniami, wyrówna teren, a najlepszy we wsi majster zacznie kłaść dekoracyjną kostkę brukową. Powierzchnia podwórka nabierze ciekawej, subtelnej faktury, harmonii i uroku. Sąsiad postawi altankę, z cegieł wymuruje grilla, zaprosi rodzinę. Będą biesiadowali do późna. Ani cala trawnika, co najwyżej ogromne donice z tujami. Podobno zmieniła się ustawa i teraz można wyrzynać już wszystko. Najpierw padła z jękiem kwitnąca kruszyna, później stary platan dał głowę, śliwki, wiśnie i jabłonie w milczeniu poszły na rzeź, a na koniec brzozy... Zanim pochyliły korony, długo walczyły, trzymały się dzielnie. Kiedy wyjrzałam przez okno, było już po wszystkim. Sąsiad siedział na pniu starego kasztana, palił papierosa, a jego żona siekierą czyściła gałęzie.
- Zamurujemy to okno? - zapytałam, nie odwracając wzroku od pobojowiska.
- Dobrze, kochanie...

niedziela, 16 kwietnia 2017

Przed sztuką

"Być niewolnikiem rzeczy to niewola jeszcze doskonalsza niż więzienie." (Emigranci, Sławomir Mrożek)
Gdy usłyszałam, czyją dzisiaj sztukę zagrają, postanowiłam: Ja tam będę! Nie było wątpliwości, pytań, nerwowego spoglądania w terminarz. Ja tam będę! Po prostu... Inaczej być nie może. Tak mnie już Wielki Elektronik zaprogramował. Program podobno jeden z najlepszych...
Byłam. Kilka minut przed czasem. Wypachniona, wystrojona jak stróż w Boże Ciało, w białej koszuli, marynarce i tęczowej apaszce. Buty na obcasie, kancik na spodniach.
Wyjechałam z domu wcześniej w obawie, że nie znajdę wolnego miejsca na parkingu. Spodziewałam się tłumów, tymczasem... sala pustych krzeseł. Teatr bez widowni? Ars gratia artis? Pięknie! Dzisiaj skoki narciarskie, pomyślałam, siadając w pierwszym rzędzie. Czyżby skoki narciarskie wygrały z Mrożkiem? Nie, jest jeszcze nadzieja. Tylko coś tutaj zimno... Czy nadzieja lubi niskie temperatury? Biały obłoczek oddechu i dyskretne spojrzenie na zegarek. Za cztery minuty się zacznie. W każdym razie coś się rozstrzygnie. Niepewność dobra tylko przez chwilę. Rzut oka na rekwizyty. W centrum sceny stolik, na nim okulary, jakieś szpargały, obok dwa krzesła, w tle ławka, surowe, sosnowe deski imitujące łóżko, stara walizka na podłodze, czerwony pluszowy misiek, w którym robotnik XX ukrył ciężko zarobione dolary. Cenny misiek i cenna cisza. Żadnych kroków z zewnątrz, żadnych szmerów, okrzyków entuzjazmu, tylko bicie serca i wątpliwości jak czarne ptaszyska... A co jeśli nie zagrają?
Zagrali i byli wspaniali. Jak zawsze...

sobota, 15 kwietnia 2017

Ekspres do kawy fr.3


Szum deszczu koi ból równie skutecznie jak wspomnienie babci uśmiechającej się do pelargonii. O ile matka nigdy nie starała się zrozumieć moich pragnień, babci przychodziło to z niezwykłą łatwością. Między dwiema kobietami nie było zgody, ciągle dochodziło do kłótni, najczęściej z powodu błahostek.
- Najważniejsze, żeby nie denerwowała ojca - tłumaczyła babci matka, wskazując palcem na mnie i z niepokojem zerkając w stronę drzwi spiżarki, którą tata zaadoptował na prowizoryczny warsztat. Dla mamy było to chyba jedyne wyzwanie - żyć tak, aby mężczyzna, z którym związała się z konieczności w siedemnastym roku życia i z którego dziwactwami wytrzymywała przez tyle lat, czuł się w pełni zadowolony.
- Najważniejsze, aby była szczęśliwa - ripostowała babcia, napełniając kawą kolejną, chyba setną, filiżankę.
Staruszka zawsze miała swoje zdanie, gotowa była bronić go do upadłego. W Wielki Piątek dziadek Stanisław zapalał fergusona, babcia wypełniała po brzegi termos kawą i ruszaliśmy do lasu po barwinek potrzebny do przystrojenia wielkanocnego koszyczka. Barwinek rósł co prawda w ogrodzie przy domu, ale babcia musiała mieć na święta ten z Sarniej Doliny. Uwielbiałam to miejsce pełne starych, ogromnych drzew, lisich jam, polan zarosłych dzikim zielskiem, tajemniczych zakamarków. Babcia i dziadziuś zasiadali na wielkiej kłodzie dębu powalonego przez burzę, popijali kawę, a ja buszowałam wśród leśnej gęstwiny, szczęśliwa jak wilczek wypuszczony z uwięzi.
Dziadek często powtarzał, że babcia jest czarownicą. Ja oczywiście nie wierzyłam w ani jedno jego słowo, kiwałam tylko łobuzersko głową, kiedy robił tę swoją tajemniczą minę, ściszał głos lub rozglądał się nerwowo na boki. Jednak dziś, kiedy spoglądam za siebie, przyznaję... Tak, babcia Franciszka była wiedźmą, jedyną w swoim rodzaju, dobrą, życzliwą i pogodną! Ktoś chyba puka? Dziwne, do pomieszczenia z ksero nigdy się nie puka, tutaj po prostu się wchodzi, najczęściej w określonym celu, na przykład po wypchany papierzyskami segregator albo aby włączyć ekspres do kawy. Drzwi przy otwieraniu cichutko skrzypią.
- Cześć - słyszę, zanim udaje mi się odwrócić z fotelem. Poznaję głos, to księgowy Zenobiusz. Pracujemy razem od początku, to znaczy od momentu, kiedy przyjęto mnie do firmy. Do dzisiaj wydawało mi się, że znam go bardzo dobrze.
- Cześć - odpowiadam.
- Czy nie przeszkadzam? - pyta, wślizgując się w przestrzeń między ksero a mną.
Przeszkadza, ale przecież mu tego nie powiem. Tak, Zenobiuszu, przeszkadzasz mi w rozmowie z babcią Franciszką, dobrą wiedźmą, która uwielbia kwiaty i małą czarną! Zenobiusz mimo wszystko jest poczciwy i nie zasłużył na tak ostre potraktowanie.
- Powinienem tu być z tobą, Alka! To wszystko przez nią... moją żonę... - jąka się profesjonalnie. - Powiedziała, że gdy mi odetną... no wiesz, te trzy stówy z pensji, ona nie będzie miała za co kupić wacików do demakijażu!
Lubię go za tę Alkę. On jeden zdrabnia moje imię tak, jak to robiła babcia Franciszka.
- Zenobiuszu - mówię z uśmiechem - daj spokój! Spójrz, chłopie, nawet byś się tutaj nie zmieścił! Chcesz kawy?
Nie chce. Wymknął się tylko na minutę. Co będzie, jeśli szefowa nakryje go na tej samowolce? Premia na pewno poleci. Znowu ciche skrzypienie drzwi i cisza... Cisza to ukojenie. Deszcz przestał padać. Złożę wniosek o zamontowanie w tych drzwiach jednostronnego zamka. Przydałby się już dziś...
Od godziny drzwi prawie się nie zamykają. Zenobiusz zapoczątkował istny kataklizm, falę tsunami bezwzględnie niszczącą mój spokój. Była już Sabinka, która zajmuje biurko po prawej, Marysia z miejsca po lewej, Gienia spod ściany i Hermenegilda z pokoju obok. Wszystkie z oczkami pełnymi skruchy jak u mojej teściowej po spowiedzi, wszystkie u szczytu wewnętrznych katuszy. Powietrze zrobiło się gęste od perfum i emocji. Okno zabite gwoździami, ani uchylić, ani otworzyć, po prostu ukrop, a tu końca kolejki nie widać. Pchają się kobiety jak po mydełko w czasach PRL-u albo jak do apteki po suplementy diety. Zostało jeszcze pięć godzin strajku. Czy wytrzymam ten nagły najazd Hunów w spódnicach? Babciu Franciszko, najlepsza na świecie wiedźmo, ratuj! Za chwilę oszaleję!
- Napij się, dziecko, kawy - radziłaś zawsze wtedy, gdy puszczały mi nerwy. - Kawa odpręża i poprawia samopoczucie.
Pora więc włączyć ekspres do kawy. Wystarczy tylko przestawić czerwony włącznik z pozycji zero na jeden. Zamykam oczy i wsłuchując się w ciche buczenie młynka, wyobrażam sobie, jak spaceruję po lesie, wśród ogromnych, rozłożystych dębów - dziewczynka z bukietem barwinka. Babcia z dziadkiem siedzą na pniu i popijając kawę z kubeczków, uśmiechają się do siebie. Czas zatrzymał się. Mam najdłuższą przerwę na kawę, wspomnienie.


(na podstawie wydarzenia autentycznego)

piątek, 14 kwietnia 2017

Ekspres do kawy fr.2


Z czasem spośród wielu gatunków kawy upodobałam sobie jeden, arabikę o smaku korzennych przypraw. Napar sporządzany ze świeżo zmielonych ziaren z odrobiną mleka i cukru przypadł mi do gustu do tego stopnia, iż zrezygnowałam z innych. Piłam go kilkakrotnie w ciągu dnia, z małymi ograniczeniami w pracy, gdzie obowiązywała, obok przynależnej każdemu pracownikowi piętnastominutowej przerwy zwanej śniadaniową, dodatkowa dziesięciominutowa, w większości przypadków spędzana przez wszystkich przy filiżance kawy parzonej w dużym, wielofunkcyjnym ekspresie ciśnieniowym z montowanym młynkiem. Urządzenie, zakupione za składkowe pieniądze, postawiono, z powodu braku innego miejsca, w pomieszczeniu z ksero, na stoliku pod oknem, obok starego, rozklekotanego czajnika, pamiątki z czasów PRL-u. Nowoczesny ekspres spełniał wszelkie nasze oczekiwania. Ci, którzy oprócz tradycyjnej "małej czarnej" lubili różne jej wersje mleczne, z pomocą dyszy do spieniania mleka mogli przygotować sobie puszyste cappuccino albo delikatne latte. Ekspres automatycznie, dzięki zaawansowanym rozwiązaniom technologicznym, samodzielnie dobierał odpowiednie parametry parzenia kawy: grubość ziaren, ilość wody oraz temperaturę. Stan błogości nie trwał jednak długo. Wraz ze zmianą kierownictwa do firmy weszły nowe zwyczaje, by nie powiedzieć - nakazy i zakazy. Jedną z pierwszych reform nowej szefowej była likwidacja dodatkowej przerwy na kawę. Wśród pracowników zawrzało. Natychmiast podjęto negocjacje, a kiedy żądania nie zostały wysłuchane, zapadła decyzja o strajku. Wyniki referendum, przeprowadzonego wśród gremium kawoszy, tylko utwierdziły mnie w przekonaniu, że protest będzie jedyną, słuszną i legalną formą osiągnięcia celu. Wszyscy byliśmy przecież zdeterminowani i zgodni co do tego, że przywilej praktykowany przez lata staje się prawem. Nie mogło się nie udać.
A więc strajk! W świecie absurdu jedyna alternatywa. Do pomieszczenia z ksero mało kto dziś wchodzi. Właściwie to od rana jestem jedyną pracownicą, która tutaj weszła. Pozostali zrezygnowali ze strajku. Nie wiem dlaczego. Może przestali lubić kawę... Teraz to nieistotne. Przez kilka godzin mam te kilkanaście metrów kwadratowych tylko dla siebie. Czyż nie jest to uśmiech losu? Królowa, myślę o sobie i rozpieram się wygodnie w fotelu. Nie ukrywam, samotność z wyboru jest mi dzisiaj na rękę. Wparowałam tutaj o siódmej rano i nie zamierzam ruszać się stąd do piętnastej. Żadna siła nie usunie mnie z tej oazy spokoju. Tamci za ścianą to już przeszłość. Należą do zupełnie innej rzeczywistości. Dla mnie liczy się tylko tu i teraz... Mówiąc językiem traperów, obóz rozbiłam niedaleko źródła, w tym przypadku obok stolika, na którym stoi ekspres do kawy. Od razu klapnęłam w wyściełany fotel biurowy i siedzę w nim już od dwóch godzin. Przeliczając na ilość wypitych "małych czarnych", zbliżam się do jednej czwartej dystansu, jaki mam dziś do pokonania. Za oknem siąpi deszcz. Słyszę, jak krople uderzają miarowo w blaszany parapet. Miły dla ucha szum. Uspokaja. Przeglądam książkę. Wreszcie mogę cieszyć się nią do woli, bez najmniejszych wyrzutów sumienia, że marnotrawię cenne chwile na drobiazgi. Babcia Franciszka byłaby zadowolona. Nadal uważam, że jej poradnik "Jak w pięć godzin zrobić sweter na drutach" powinien trafić na listę bestsellerów.
Przód i tył swetra gotowe, zostały jeszcze rękawy. Według poradnika mieszczę się w przewidzianym na tę czynność czasie, a nawet mam lekką nadwyżkę. Jeśli dalej pójdzie tak dobrze, sweter w kolorze płatków niezapominajek będzie gotowy za około półtorej godziny. Mąż ucieszy się. Ładnie mu w błękitnym, a mimo to chodzi zawsze ubrany w szarości. Pora na przerwę. Wbijam druty w kłębek wełny, odkładam je na półkę i z uśmiechem zaczynam przerzucać strony poradnika do początku. Na okładce pod wytłuszczonym grubą czcionką tytułem wydawca umieścił zdjęcie autorki. Babcia Franciszka wygląda na nim dokładnie tak, jak ją zapamiętałam. Siedzi na swoim ulubionym kuchennym taborecie, miał jedną nogę krótszą i chybotał się przy byle ruchu, i sącząc z filiżanki kawę, spogląda z dobrotliwym uśmiechem w okno, zapewne na pelargonie, które obsypane kwieciem różowią się na tle szaroburego nieba. Babcia kochała kwiaty. Rozmawiała z nimi chętniej niż z ludźmi. Jestem do niej pod tym względem podobna, tak przynajmniej twierdzi moja matka w chwilach, kiedy się na mnie wścieka.

środa, 12 kwietnia 2017

Ekspres do kawy fr.1


Kawę lubiłam od zawsze. Matka mieliła ją w starym, odziedziczonym po babci Franciszce młynku, który rzęził głośniej od dziadkowego fergusona. Mniej więcej raz na tydzień ojciec z prawdziwym oddaniem reperował to przedpotopowe urządzenie, ani myśląc o zastąpieniu go innym, nowocześniejszym, zaopatrzonym w regulację grubości mielenia. Młynek babci Franciszki był po prostu niezastąpiony. Rodzinna pamiątka z duszą. Pamiętam, że ilekroć mielił, zatykałam uszy watą, aby nie słyszeć głośnego, wwiercającego się w mózg warczenia mikroskopijnego silnika. Klęczałam na drewnianym, rozchybotanym taborecie kuchennym, cierpliwie czekając, aż matka uniesie brudne wieczko młynka. Natychmiast, niemalże z prędkością błyskawicy, po niewielkim pomieszczeniu rozchodził się intensywny zapach świeżo zmielonej kawy. Chłonęłam go całą sobą. Ten aromat jest we mnie do dziś. Obok zapachu rozgniatanych palcami cytrusowych skórek jeden z najprzyjemniejszych z czasów dzieciństwa. Towarzyszył mi przez lata.

wtorek, 11 kwietnia 2017

Coś we mnie


Powinnam była to przewidzieć już wtedy, gdy przyszłam do jego gabinetu po raz pierwszy. Rozparty w dużym, skórzanym fotelu przyglądał mi się długo. Świńskie oczka głęboko osadzone w szerokiej, nalanej tłuszczem twarzy patrzyły nazbyt śmiało. Uśmiechał się, bębniąc palcami w blat biurka. Co za obleśny typ, pomyślałam wtedy, próbując zachować zimną krew. Zależało mi na tej pracy, zwłaszcza, że byłam już wszędzie i za każdym razem, tłumacząc się brakiem wolnych etatów, odesłano mnie z kwitkiem. Tutaj przynajmniej dawano mi nadzieję, z kadr odesłano do kierownika wydziału. Przyjął mnie serdecznie, poprosił, abym usiadła, kazał sekretarce zrobić kawę. Rozmawialiśmy o cv, wymaganych kwalifikacjach, wynagrodzeniu. Najpierw uśpił moją czujność, by na koniec zaatakować.
- Inne... Mam na myśli panie, które starały się o to stanowisko, były gotowe całować mnie po rękach - powiedział pewnym głosem. - Obiecałem, że się zastanowię, biorąc pod uwagę ich zaangażowanie i gotowość sprostania moim wymaganiom. Chyba rozumie pani, o co mi chodzi?
- Nie, nie rozumiem - odparłam.
- Jest pani młoda, atrakcyjna - ciągnął już bez ogródek. - Miałaby pani pierwszeństwo...
- Doprawdy? - zapytałam, patrząc mu prosto w oczy.
- Z takimi walorami - uśmiechnął się.
- O co panu właściwie chodzi? - wnikałam.
- Oj, pani Alu, dajmy spokój z tą pruderią! Wszystkim mężczyznom chodzi o to samo, o seks. - Sięgnął po filiżankę z kawą. - To kiedy? - Roześmiał się.
- Może pan mówić głośniej? - Ja również się zaśmiałam. - Nie jestem pewna, czy wszystko mi się wyraźnie nagrało - dodałam, wyjmując z torebki telefon komórkowy z włączonym dyktafonem.
Pracę dostałam od ręki. Świńskie oczka nie dały mi jednak spokoju. Były cwańsze niż myślałam, a mój niekonwencjonalny wstęp zachęcił je tylko do większej śmiałości, swego rodzaju gry, która zaczęła przynosić przyjemności, o jakich do tej pory nawet im się nie śniło. Mimo znajdującego się w moim posiadaniu kompromitującego nagrania, kierownik pozwalał sobie na więcej, a ja czułam się coraz bardziej bezradna. Groźby upublicznienia sekretu szefa, wniesienia oskarżenia o mobbing, zdały się na niewiele. Wiedziałam, że z łatwością wytłumaczy swoje postępowanie, każdy prawnik go wybroni, każdy sąd uniewinni, zasądzając co najwyżej jakąś niewielką grzywnę. Wiedział o tym i on.
Zaczęły się długie, zimowe popołudnia pełne rozmyślań, niekończących się obaw, co wydarzy się następnego dnia w pracy. Moje dotychczasowe życie towarzyskie legło w gruzach. Wkrótce została tylko samotność, dołączył strach, a potem zniechęcenie i rezygnacja. Wydawało się, że jedyną ucieczką od napastliwego szefa będzie zmiana pracy. I wtedy wydarzyło się coś niespodziewanego, coś, co definitywnie rozwiązało wszystkie moje problemy. Przyszło we śnie pewnej dusznej, grudniowej nocy, we śnie, który stał się tak realny, że zmroził wszystkim w żyłach krew.

Kieliszek brandy rozluźnia. Piję coraz więcej. Jeszcze tydzień temu wystarczał jeden, dziś to już czwarty. Czwarty mały, pękaty kieliszek przypominający kształtem tulipan. Uwielbiam tulipany. Matka sadziła je kiedyś namiętnie w ogrodzie. Teraz rosną tam tylko chwasty. Spoglądam w kieliszek i wyobrażam sobie siłę dębu, z którego zrobiono beczki przechowujące brandy. Drzewo oddało jej wszystko, co miało najlepszego, w co zbroiło się przez lata - siłę, słońce, aromat i kolor. Wypijam kolejny duży łyk i uśmiecham się do cienia rozpostartego na ścianie. Cień zdaje się poruszać, choć ja tkwię w miejscu. Złudzenie. Nie, dziś przecież pełnia księżyca. Dziś wszystko się może zdarzyć.
Wypełniam kieliszek resztkami płynu, pustą butelkę odstawiam na półkę i biorę do ust kolejny łyk. Hiszpańska piętnastoletnia brandy o aromacie prażonych orzechów, wanilii i śliwek rozpływa się na podniebieniu. Zamykam oczy, delektuję się. Zawsze lubiłam alkohol, ten najlepszy, najdroższy, potajemnie wykradany z gabinetu ojca w czasach, kiedy nam się powodziło.
Piątkowy wieczór, myślę rozluźniona, jutro mogę spać do woli. Czuję w głowie lekkie zamroczenie. To nic. Chcę odpłynąć, zapomnieć, zasnąć już teraz, u progu wieczoru, jak najszybciej, zanim pustka wypełni serce. Ogarnia mnie ciepło, pełznie po policzkach, szyi, piersiach, brzuchu, coraz niżej, obezwładnia, pozbawia świadomości. Resztkami sił zerkam na ścianę. Jeszcze przed chwilą cień był ze mną, teraz odszedł. Wiem, że wróci. Zawsze wraca...

Budzi mnie telefon. Jego dzwonek wwierca się w mózg niczym świder, niemalże rozrywa go na strzępy. Czuję nieznośny ból w skroniach. Pulsuje, wydaje się narastać. Podnoszę słuchawkę.
- Co do cholery? - pytam wściekle.
Wszystko jedno kto dzwoni. Jest siódma rano, sobota, nikt nie ma prawa budzić mnie tak wcześnie.
- Ala? - słyszę znajomy głos Baśki, koleżanki z pracy. Jest czymś mocno zdenerwowana. Głos jej drży - Ala, nie uwierzysz! Szef nie żyje!
Szef nie żyje? Ręka trzymająca słuchawkę drętwieje. Poruszam bezgłośnie ustami.
- Ktoś ukatrupił go w nocy! Rozumiesz? Morderstwo! - niemalże krzyczy. - Podobno masakra jakaś, istna jatka, pełno krwi, bałagan, a mieszkanie zamknięte od wewnątrz. Nie wiadomo, jak się dostali do środka! No mówię ci, blady strach na całe osiedle!
Szef nie żyje. Ten skurwysyn zadźgany we własnym mieszkaniu! Dziwne, ale wcale nie jestem zaskoczona. Czuję ulgę, jakby ktoś wyjął mi z głowy ołowianą kulę. Zerkam, czy cień wrócił. Jest. Leży skulony przy ścianie, drży. Odpoczywa.
- Dzięki za telefon - mówię ze spokojem i odkładam słuchawkę.
Coś we mnie chichocze.

niedziela, 9 kwietnia 2017

Brak kontroli


- Dzień dobry - usłyszałam. - Młodszy aspirant Michał Kowalski, powiatowa komenda policji.
Przez uchylone drzwi wdarło się do przedpokoju mroźne, ostre powietrze. 
- Dzień dobry - odpowiedziałam, zapinając guziki przy swetrze. 
To nazwisko. Znałam przynajmniej ze dwudziestu Kowalskich, ale żaden z nich nie był policjantem. Ten Kowalski był jeszcze młody, na oko trzydziestokilkuletni blondyn średniego wzrostu o nerwowych ruchach. Na jego czerwonej od mrozu twarzy widoczne było napięcie, które starał się zamaskować służbowym, nienaturalnie wysokim tonem głosu.
- Chłodno dziś - powiedział, pokazując legitymację służbową. - Będzie z minus dwadzieścia pięć.
- Owszem... - przytaknęłam. - Czy pan w sprawie pogody właśnie? - zażartowałam. 
Zaczął dreptać w miejscu jak chłopczyk, który chce do łazienki za potrzebą. 
- Wolałbym porozmawiać w środku - wydukał wreszcie. - Ja w sprawie pani sąsiada, Kazimierza Wiśniewskiego, zamordowanego dzisiejszej nocy.
Usiedliśmy w salonie. Jaskrawe styczniowe słońce zaglądało przez oszklone drzwi tarasowe. Zrobiłam herbatę. Aspirant Kowalski posłodził trzy czubate łyżeczki, liczyłam w myślach, jedna, druga, trzecia. Potem zaczął mieszać, z uwagą śledząc wirujący po powierzchni płynu plasterek cytryny. Był tak na nim skoncentrowany, jakby ten plasterek awansował nagle do rangi najważniejszego na świecie, jakby stanowił pępek wszechświata. Milczeliśmy. Zaczynało to być irytujące.
- A więc nie zauważyła pani nic podejrzanego? - zapytał w końcu. - Nic, co mogłoby pomóc nam w rozwikłaniu tej sprawy? Jest pani najbliższą sąsiadką. Proszę pomyśleć...
- Nie mam nad czym myśleć - przerwałam mu w pół zdania. - Nie widziałam nic podejrzanego, przynajmniej wczoraj...
- Przynajmniej wczoraj? - czepił się tych słów jak koła ratunkowego. - A więc jednak coś panią zastanowiło, zaniepokoiło, zwróciło pani uwagę... Wcześniej? To znaczy zanim doszło do morderstwa?
To jego denerwujące "a więc". 
- Podejrzane było to, że Wiśniewski przez tyle lat znęcał się nad rodziną, pił, katował żonę i dziecko, ale mimo zgłoszeń sąsiadów i samej krzywdzonej, żadna instytucja uprawniona do ścigania takich draniów nie zainterweniowała skutecznie.
- A więc ofiara mogła mieć wrogów ze względu na swoją słabość do alkoholu i częste, pijackie wybryki. - Zapisał w wyjętym z kieszeni notatniku. 
- Niech pan nie nazywa go ofiarą! - zaprotestowałam. - Ofiarą była jego rodzina, a on zwykłym łajdakiem!
- A więc pochwala pani to, co się stało? - dociekał, nie podnosząc oczu z nad notatek. - Ktoś sam wymierzył sprawiedliwość.
- Pochwalam, lecz moje zdanie jest tutaj mało ważne - powiedziałam. - To wy prowadzicie śledztwo.
Aspirant przez cały czas robił notatki. Przekreślał coś i znów zapisywał, jakby sporządzał listę sprawunków, które musi wykupić w sklepie przed powrotem do domu ze służby. Wyobraziłam go sobie, jak stoi w markecie z pustym koszykiem, spogląda na listę i marszczy czoło. 
- Jeszcze jedno... - zapytał. - Wczoraj wieczorem byliście państwo w domu. Czy ktoś to może potwierdzić?
Byłam spokojna, prawie zadowolona. Tym razem obeszło się bez "a więc". 
- Teściowa - odparłam. - Mieszka obok.
- Pytam o kogoś spoza rodziny - dociekał tamten.
- Spoza rodziny? - Udawałam, że się zastanawiam. Zmrużyłam lekko oczy, jakby szukając czegoś w pamięci. - Tak, jest ktoś taki...
- Nazwisko, adres!
Wskazałam na laptop. Aspirant uniósł brwi na znak, że nie rozumie.
- Nazwiska ani adresu nie podam - powiedziałam z uśmiechem. - To są bohaterowie moich książek. Oni mogą jedynie poświadczyć, że piątkowy wieczór spędziłam w domu przy laptopie, pisząc kolejny fragment książki.
- A więc jest pani pisarką? - Zaśmiał się. - Pisarką dowcipów?
- Nie, thrillerów, horrorów, kryminałów.
- Wow! - Okrzyk niemalże zachwytu. - Moja ulubiona działka! Mówi pani, że bohaterowie mogą zaświadczyć? He he...
- Owszem... - przytaknęłam. - Niektórzy co prawda mało wiarygodni. No wie pan... psychopaci, mordercy! Muszę się panu do czegoś przyznać... - Ściszałam nagle głos. - Ci właśnie wyrywają mi się czasem spod kontroli.
- I co wtedy? - Aspirant był wyraźnie rozbawiony. Zamknął notatnik. Rozparł się na fotelu. Wreszcie się rozluźnił.
- To są prawdziwe bestie, panie aspirancie. Bestie polujące na łajdaków. Najpierw obserwacja, potem atak i mord. Usuwają ze świata najgorsze szumowiny.
Kowalski spojrzał na mnie jakoś dziwnie. Nie uwierzył. Nigdy nie wierzą, pomyślałam.
- Jest pani specjalistką od czarnego humoru, he he... - stwierdził, trzymając się ze śmiechu za brzuch.
- Nie wierzy mi pan? A powinien. No cóż, powodzenia w śledztwie!

sobota, 8 kwietnia 2017

Cyganka


- Złociutka, zapnij mi perły na szyi, bo palce za grube - usłyszałam, gdy odwróciłam się w stronę ulicy.
Kilka metrów dalej stał granatowy mercedes. Charakterystyczne logo - trójramienna gwiazda, błyszczało w promieniach styczniowego słońca. Doskonale znałam się na markach samochodów. To jedyna rzecz, której nauczył mnie ojciec, nieżyjący od blisko dwudziestu lat mechanik samochodowy. Taka scheda po nim, pomyślałam z przekąsem. Ojciec chlał na potęgę. Jedyne, co rozumiałam z jego pijackiego bełkotu, to powtarzane z pasją marki samochodów. Często mnie z tego egzaminował, a potem chwalił się przed kolesiami, że mała odziedziczyła po nim zamiłowanie do mechaniki. Głaskał mnie utytłanymi w smarze, trzęsącymi się od wódki, łapami, czego nie znosiłam. Właściwie to nigdy nie widziałam ojca trzeźwego, ani wtedy, gdy przychodził do szkoły na wywiadówki, a ja usilnie próbowałam się go pozbyć, wmawiając mu, że wychowawczyni już poszła do domu, ani wtedy, gdy leżał w szpitalu na wpół zżarty przez raka i wykradał pielęgniarkom spirytus salicylowy, by wypić go potem jednym duszkiem w ubikacji.
- Złociutka - powtórzył głos.
Który to już raz w tygodniu? Straciłam rachubę. Przestałam liczyć, gdy sytuacja powtórzyła się po raz trzynasty. Może nie powinnam przestać myśleć o odwróceniu tego czarnego scenariusza? Przecież zawsze jest nadzieja... Do tej pory rozmawiałyśmy przez okno od strony pasażera, miało opuszczoną do połowy szybę, dziś Cyganka lekko uchyliła drzwi. A więc coś się zmieniło. Co prawda niewiele, ale jednak. Jeśli skoncentruję się na szczegółach, może dostrzegę więcej takich odstępstw.
- Złociutka, podejdź tu na chwilę - powiedziała przymilnie Cyganka. - Pomóż człowiekowi w potrzebie.
Za pierwszym razem uległam odruchowi czysto ludzkiemu. Chciałam pomóc. Nawet przełożyłam torebkę na lewe ramię i zerknąwszy na zegarek, zrobiłam krok w kierunku mercedesa. Matka czekała na mnie od godziny. Znowu będzie marudziła, że nigdy mi się nie spieszy. Ostatnio marudziła zbyt często. Denerwowało ją wszystko. A to nie ta piżama, a to mandarynki za kwaśne, szpitalne jedzenie niedobre, córka ciągle zapracowana, przychodzi zbyt rzadko i tylko na kilka minut. Nie dba o matkę tak, jak matka dbała kiedyś o nią. Za każdym razem to samo. Akurat ten motyw nigdy nie zmienia się w scenariuszu. Czy gdybym podeszła do samochodu, gdybym pochyliła się nad starą, próbując zapiąć te cholerne perły, matka martwiłaby się moją długą nieobecnością? Czy uchroniłoby to przed śmiercią tamtą kobietę? Tamta kobieta miała dziecko, ja nie mam dzieci. Nigdy nie chciałam mieć.
- Złociutka - głos nalegał.
Coś zaczyna się dziać.
Nasze spojrzenia spotkały się na ułamek sekundy. Miała czarne, smutne oczy. Starość nie odebrała im blasku. Były piękne. Nie dostrzegłam w nich nic, co mogłabym zinterpretować jako ostrzeżenie, żadnego cienia, najmniejszej rysy. Cyganka była mistrzynią kamuflażu.
- Podejdź, złociutka - powtórzyła i wyciągnęła rękę w moją stronę, eksponując perły dla uwiarygodnienia prośby. Dłoń trzymająca błyskotkę była długa i smukła, powleczona pomarszczoną skórą o odcieniu bursztynu. Szpiczaste paznokcie czerwieniły się na tle szarego futra, w które ubrana była Cyganka. Wszystko zdawało się krzyczeć:
- Podejdź bez obawy! Bogaci Cyganie nie kradną, jeżdżą wypasionym mercedesem, ich kobiety noszą futra i mają perły! Nie muszą kraść!
- A pani syn? - przeniosłam wzrok na siedzącego obok starej Cygana. - Dlaczego on nie pomoże?
Był przynajmniej dwa razy młodszy od niej. Okrągła twarz, duży nos i usta, małe, kaprawe oczka nie wzbudzały zaufania. Było w nim coś takiego, co z miejsca nakazywało zachować ostrożność. Uśmiechnął się delikatnie, lecz jakby od niechcenia. Musiał już wiedzieć, że tym razem nic nie wskórają. Jego uśmiech zdawał się mówić: nie ma sensu silić się na coś więcej.
- Nie wziął okularów - powiedziała stara, mrużąc oczy. Ona też już się domyślała. Śledziła każdy mój ruch.
- Ślepy nie powinien siadać za kierownicę - stwierdziłam, mimowolnie sięgając do kieszeni kurtki. Nie, nie po telefon, ot tak po prostu, zwykły odruch zakłopotania. Usłyszałam trzask zamykanych drzwi. Cygan szybko wcisnął sprzęgło, wbił bieg i zerknąwszy w boczne lusterko, dał gazu. Samochód powoli ruszył do tyłu. Powinnam była ich zatrzymać, odetchnęłam tylko z ulgą.
Uczucie ulgi nigdy nie trwa długo. Wkrótce osaczą mnie wątpliwości i poczucie winy. Kolejny raz stchórzyłam. Pojawi się strach, nieznośny, dokuczliwy, wyciskający z serca wszystko, co ważne, kurczący je do wielkości piłki pingpongowej, małej, kruchej, pustej w środku. Wszystko powróci. Następna szansa wkrótce. Czy dam wtedy radę? Zadawałam sobie to pytanie już tylekroć, za każdym razem obiecując, że dam. Dam radę! Tymczasem kolejny raz stchórzyłam. Jak przerwać to błędne koło, ciąg wciąż powtarzających się zdarzeń?
Jem obiad, naleśniki z serem, moje ulubione. Jest ciepłe, przytulne popołudnie. Popołudnie spędzone wśród swoich. Powietrze drży. Rodzina jest największą wartością, powtarzam w myślach jak mantrę. Nie wolno mi o tym zapominać, inaczej przepadnę, zginę wśród mgły. Tyle razy słyszałam te słowa. Ludzie umieszczają je na transparentach. Rodzina najważniejsza! Powinnam wytatuować to sobie na skórze.
- Halo, tu ziemia! - słyszę wesoły, dobrze znajomy głos. - Może wybralibyśmy się na zakupy?
Nie znoszę zakupów, ale Adam o tym nie wie. Chce sprawić mi przyjemność. Nowy ciuch polepsza samopoczucie każdej kobiety. Telewizyjny slogan. Działa jak kieliszek brandy. Pobudza. Kupimy kilka bluzek, bieliznę, głównie dla mnie. Kolejne rzeczy na wieszaku w szafie, kolejne, których nigdy nie założę.
- Tak, jedźmy - odpowiadam.
Robię to dla niego. Nie zasłużył na prawdę. Źle... Nie zasłużył na ból, a prawda byłaby bolesna. Całuje mnie w czoło, potem w szyję. Odsuwam się, delikatnie, niby żartem. Przełykam ostatni kęs naleśnika, idę do łazienki, myję ręce, twarz... Spoglądam w lustro. Obce oczy, maska, trudno ją zmyć, staje się to coraz trudniejsze.
Jesteś mistrzynią kamuflażu jak ta Cyganka, myślę, odwracając się od lustra. Jest mi niedobrze. Czuję napływającą falę mdłości. Brzuch pulsuje. Gorąco, coraz goręcej. Pot. Nogi słabną. Nie chcą mnie dźwigać. Niepotrzebny strup ciała. Siadam na taborecie i pochylam się, kulę jak gąsienica dotknięta źdźbłem trawy, mała, zielona, wystraszona, która tylko to potrafi, uciekać, kryć się w sobie, nic więcej. Jestem tchórzem.
- Kochanie - słyszę zza drzwi. - Kochanie, długo jeszcze? Którą ci wziąć torebkę?
Wszystko jedno... Jest mi wszystko jedno! Nie mogę mu tego powiedzieć. Zamiast głęboko oddychać, zaciskam usta. Muszę poczekać.
- A może plecak? Ten pomarańczowy... - głos nie daje spokoju, wwierca się w świadomość, zdaje się trafiać w każdy nerw.
Zatykam uszy. Nie pomaga...
- Kochanie?
Powinnam się teraz odezwać. Adam nie lubi, gdy milczę. Mówienie jest dla niego objawem zdrowia. Milczenie niepokoi, zatrważa.
- Mów do mnie - upomina się zawsze.
- Ale co? - pytam. - Co mam mówić?
- Nie wiem! Po prostu mów... Co w pracy? Jak się czuje twoja matka? - tłumaczy wyraźnie zdenerwowany. - Wszystko jedno co! Lubię, gdy opowiadasz o sobie, o nas...
O nas... Tam, gdzie utknęłam, nie ma nas, jest za to ból, strach i szansa, aby z tym skończyć.
- Zaraz wyjdę - uspokajam go. - Wyczeszę włosy, pomaluję usta.
- Bez tego jesteś piękna.
Wiem, że się uśmiecha, gdy to mówi. Dowcipkuje. Dobrze. Znowu się udało. Coraz trudniej...
Jedziemy ruchliwą szosą. Przed i za nami kawalkada brudnych aut. Powietrze szare, przymglone, cuchnące spalinami. W radiu śpiewa Czesław Niemen, "A my, jak we śnie, jak we śnie, jak we mgle." Dosłownie. Jak we mgle...
- Szef dał mi urlop - mówi nagle Adam. - To tylko cztery dni, ale może byśmy gdzieś wyjechali? Chyba najlepiej w góry, co? W Bieszczady...
Mówić, trzeba mówić, żeby uśpić jego czujność. "Na co nam świat, na co czas, to wszystko trwa obok, obok nas". Lubię tę piosenkę.
- Na co nam świat, na co czas... - powtarzam szeptem, a potem już głośno: - Wspaniale!
Mam suchy, drewniany głos. Adam zerka na mnie, jeden, dwa, trzy razy, liczę w myślach. Coś go zaniepokoiło. Szybko odwracam twarz. Patrzę za okno. Na płachetce brudnego śniegu stadko wron, a może gawronów, nigdy ich nie rozpoznaję. Chciałabym, żebyśmy się zatrzymali. Chciałabym popatrzeć na nie przez chwilę, ale nie, lepiej nie.
- Nie cieszysz się? - pyta Adam, a ja zaczynam panicznie szukać słów. Zgubiłam wszystkie, mam pustą głowę.
- Alu, mów do mnie...
I znowu to samo. Oślepiający blask styczniowego słońca. Zmarznięte grudki śniegu chrzęszczą pod stopami. Jestem po pracy. Spieszę się. Matka odchodzi pewnie od zmysłów. Mam dla niej w torebce coś specjalnego, książkę, stary romans Stephanie Laurens. Nerwowo sięgam do kieszeni, wyciągam telefon i spoglądając na ekranik, przyspieszam. Jest już późno. Słyszę dźwięk hamującego nieopodal samochodu, trzask otwieranych drzwi.
- Złociutka, zapnij mi perły na szyi, bo palce za grube - rozlega się znajomy, piskliwy głos Cyganki.
Nie patrzę w jej stronę. Czarne, smutne oczy mogłyby pozbawić mnie odwagi. Podchodzę bez wahania. Na ustach starej wykwita uśmiech bezmiernej ulgi. Ryba bierze. Złociutka ryba. Tego właśnie pragnęła - szybkiej reakcji dobrego, naiwnego serca... Serca, które można łatwo oszukać...