15 kwietnia 2017

Ekspres do kawy fr.3


Szum deszczu koi ból równie skutecznie jak wspomnienie babci uśmiechającej się do pelargonii. O ile matka nigdy nie starała się zrozumieć moich pragnień, babci przychodziło to z niezwykłą łatwością. Między dwiema kobietami nie było zgody, ciągle dochodziło do kłótni, najczęściej z powodu błahostek.
- Najważniejsze, żeby nie denerwowała ojca - tłumaczyła babci matka, wskazując palcem na mnie i z niepokojem zerkając w stronę drzwi spiżarki, którą tata zaadoptował na prowizoryczny warsztat. Dla mamy było to chyba jedyne wyzwanie - żyć tak, aby mężczyzna, z którym związała się z konieczności w siedemnastym roku życia i z którego dziwactwami wytrzymywała przez tyle lat, czuł się w pełni zadowolony.
- Najważniejsze, aby była szczęśliwa - ripostowała babcia, napełniając kawą kolejną, chyba setną, filiżankę.
Staruszka zawsze miała swoje zdanie, gotowa była bronić go do upadłego. W Wielki Piątek dziadek Stanisław zapalał fergusona, babcia wypełniała po brzegi termos kawą i ruszaliśmy do lasu po barwinek potrzebny do przystrojenia wielkanocnego koszyczka. Barwinek rósł co prawda w ogrodzie przy domu, ale babcia musiała mieć na święta ten z Sarniej Doliny. Uwielbiałam to miejsce pełne starych, ogromnych drzew, lisich jam, polan zarosłych dzikim zielskiem, tajemniczych zakamarków. Babcia i dziadziuś zasiadali na wielkiej kłodzie dębu powalonego przez burzę, popijali kawę, a ja buszowałam wśród leśnej gęstwiny, szczęśliwa jak wilczek wypuszczony z uwięzi.
Dziadek często powtarzał, że babcia jest czarownicą. Ja oczywiście nie wierzyłam w ani jedno jego słowo, kiwałam tylko łobuzersko głową, kiedy robił tę swoją tajemniczą minę, ściszał głos lub rozglądał się nerwowo na boki. Jednak dziś, kiedy spoglądam za siebie, przyznaję... Tak, babcia Franciszka była wiedźmą, jedyną w swoim rodzaju, dobrą, życzliwą i pogodną! Ktoś chyba puka? Dziwne, do pomieszczenia z ksero nigdy się nie puka, tutaj po prostu się wchodzi, najczęściej w określonym celu, na przykład po wypchany papierzyskami segregator albo aby włączyć ekspres do kawy. Drzwi przy otwieraniu cichutko skrzypią.
- Cześć - słyszę, zanim udaje mi się odwrócić z fotelem. Poznaję głos, to księgowy Zenobiusz. Pracujemy razem od początku, to znaczy od momentu, kiedy przyjęto mnie do firmy. Do dzisiaj wydawało mi się, że znam go bardzo dobrze.
- Cześć - odpowiadam.
- Czy nie przeszkadzam? - pyta, wślizgując się w przestrzeń między ksero a mną.
Przeszkadza, ale przecież mu tego nie powiem. Tak, Zenobiuszu, przeszkadzasz mi w rozmowie z babcią Franciszką, dobrą wiedźmą, która uwielbia kwiaty i małą czarną! Zenobiusz mimo wszystko jest poczciwy i nie zasłużył na tak ostre potraktowanie.
- Powinienem tu być z tobą, Alka! To wszystko przez nią... moją żonę... - jąka się profesjonalnie. - Powiedziała, że gdy mi odetną... no wiesz, te trzy stówy z pensji, ona nie będzie miała za co kupić wacików do demakijażu!
Lubię go za tę Alkę. On jeden zdrabnia moje imię tak, jak to robiła babcia Franciszka.
- Zenobiuszu - mówię z uśmiechem - daj spokój! Spójrz, chłopie, nawet byś się tutaj nie zmieścił! Chcesz kawy?
Nie chce. Wymknął się tylko na minutę. Co będzie, jeśli szefowa nakryje go na tej samowolce? Premia na pewno poleci. Znowu ciche skrzypienie drzwi i cisza... Cisza to ukojenie. Deszcz przestał padać. Złożę wniosek o zamontowanie w tych drzwiach jednostronnego zamka. Przydałby się już dziś...
Od godziny drzwi prawie się nie zamykają. Zenobiusz zapoczątkował istny kataklizm, falę tsunami bezwzględnie niszczącą mój spokój. Była już Sabinka, która zajmuje biurko po prawej, Marysia z miejsca po lewej, Gienia spod ściany i Hermenegilda z pokoju obok. Wszystkie z oczkami pełnymi skruchy jak u mojej teściowej po spowiedzi, wszystkie u szczytu wewnętrznych katuszy. Powietrze zrobiło się gęste od perfum i emocji. Okno zabite gwoździami, ani uchylić, ani otworzyć, po prostu ukrop, a tu końca kolejki nie widać. Pchają się kobiety jak po mydełko w czasach PRL-u albo jak do apteki po suplementy diety. Zostało jeszcze pięć godzin strajku. Czy wytrzymam ten nagły najazd Hunów w spódnicach? Babciu Franciszko, najlepsza na świecie wiedźmo, ratuj! Za chwilę oszaleję!
- Napij się, dziecko, kawy - radziłaś zawsze wtedy, gdy puszczały mi nerwy. - Kawa odpręża i poprawia samopoczucie.
Pora więc włączyć ekspres do kawy. Wystarczy tylko przestawić czerwony włącznik z pozycji zero na jeden. Zamykam oczy i wsłuchując się w ciche buczenie młynka, wyobrażam sobie, jak spaceruję po lesie, wśród ogromnych, rozłożystych dębów - dziewczynka z bukietem barwinka. Babcia z dziadkiem siedzą na pniu i popijając kawę z kubeczków, uśmiechają się do siebie. Czas zatrzymał się. Mam najdłuższą przerwę na kawę, wspomnienie.


(na podstawie wydarzenia autentycznego)

14 kwietnia 2017

Ekspres do kawy fr.2


Z czasem spośród wielu gatunków kawy upodobałam sobie jeden, arabikę o smaku korzennych przypraw. Napar sporządzany ze świeżo zmielonych ziaren z odrobiną mleka i cukru przypadł mi do gustu do tego stopnia, iż zrezygnowałam z innych. Piłam go kilkakrotnie w ciągu dnia, z małymi ograniczeniami w pracy, gdzie obowiązywała, obok przynależnej każdemu pracownikowi piętnastominutowej przerwy zwanej śniadaniową, dodatkowa dziesięciominutowa, w większości przypadków spędzana przez wszystkich przy filiżance kawy parzonej w dużym, wielofunkcyjnym ekspresie ciśnieniowym z montowanym młynkiem. Urządzenie, zakupione za składkowe pieniądze, postawiono, z powodu braku innego miejsca, w pomieszczeniu z ksero, na stoliku pod oknem, obok starego, rozklekotanego czajnika, pamiątki z czasów PRL-u. Nowoczesny ekspres spełniał wszelkie nasze oczekiwania. Ci, którzy oprócz tradycyjnej "małej czarnej" lubili różne jej wersje mleczne, z pomocą dyszy do spieniania mleka mogli przygotować sobie puszyste cappuccino albo delikatne latte. Ekspres automatycznie, dzięki zaawansowanym rozwiązaniom technologicznym, samodzielnie dobierał odpowiednie parametry parzenia kawy: grubość ziaren, ilość wody oraz temperaturę. Stan błogości nie trwał jednak długo. Wraz ze zmianą kierownictwa do firmy weszły nowe zwyczaje, by nie powiedzieć - nakazy i zakazy. Jedną z pierwszych reform nowej szefowej była likwidacja dodatkowej przerwy na kawę. Wśród pracowników zawrzało. Natychmiast podjęto negocjacje, a kiedy żądania nie zostały wysłuchane, zapadła decyzja o strajku. Wyniki referendum, przeprowadzonego wśród gremium kawoszy, tylko utwierdziły mnie w przekonaniu, że protest będzie jedyną, słuszną i legalną formą osiągnięcia celu. Wszyscy byliśmy przecież zdeterminowani i zgodni co do tego, że przywilej praktykowany przez lata staje się prawem. Nie mogło się nie udać.
A więc strajk! W świecie absurdu jedyna alternatywa. Do pomieszczenia z ksero mało kto dziś wchodzi. Właściwie to od rana jestem jedyną pracownicą, która tutaj weszła. Pozostali zrezygnowali ze strajku. Nie wiem dlaczego. Może przestali lubić kawę... Teraz to nieistotne. Przez kilka godzin mam te kilkanaście metrów kwadratowych tylko dla siebie. Czyż nie jest to uśmiech losu? Królowa, myślę o sobie i rozpieram się wygodnie w fotelu. Nie ukrywam, samotność z wyboru jest mi dzisiaj na rękę. Wparowałam tutaj o siódmej rano i nie zamierzam ruszać się stąd do piętnastej. Żadna siła nie usunie mnie z tej oazy spokoju. Tamci za ścianą to już przeszłość. Należą do zupełnie innej rzeczywistości. Dla mnie liczy się tylko tu i teraz... Mówiąc językiem traperów, obóz rozbiłam niedaleko źródła, w tym przypadku obok stolika, na którym stoi ekspres do kawy. Od razu klapnęłam w wyściełany fotel biurowy i siedzę w nim już od dwóch godzin. Przeliczając na ilość wypitych "małych czarnych", zbliżam się do jednej czwartej dystansu, jaki mam dziś do pokonania. Za oknem siąpi deszcz. Słyszę, jak krople uderzają miarowo w blaszany parapet. Miły dla ucha szum. Uspokaja. Przeglądam książkę. Wreszcie mogę cieszyć się nią do woli, bez najmniejszych wyrzutów sumienia, że marnotrawię cenne chwile na drobiazgi. Babcia Franciszka byłaby zadowolona. Nadal uważam, że jej poradnik "Jak w pięć godzin zrobić sweter na drutach" powinien trafić na listę bestsellerów.
Przód i tył swetra gotowe, zostały jeszcze rękawy. Według poradnika mieszczę się w przewidzianym na tę czynność czasie, a nawet mam lekką nadwyżkę. Jeśli dalej pójdzie tak dobrze, sweter w kolorze płatków niezapominajek będzie gotowy za około półtorej godziny. Mąż ucieszy się. Ładnie mu w błękitnym, a mimo to chodzi zawsze ubrany w szarości. Pora na przerwę. Wbijam druty w kłębek wełny, odkładam je na półkę i z uśmiechem zaczynam przerzucać strony poradnika do początku. Na okładce pod wytłuszczonym grubą czcionką tytułem wydawca umieścił zdjęcie autorki. Babcia Franciszka wygląda na nim dokładnie tak, jak ją zapamiętałam. Siedzi na swoim ulubionym kuchennym taborecie, miał jedną nogę krótszą i chybotał się przy byle ruchu, i sącząc z filiżanki kawę, spogląda z dobrotliwym uśmiechem w okno, zapewne na pelargonie, które obsypane kwieciem różowią się na tle szaroburego nieba. Babcia kochała kwiaty. Rozmawiała z nimi chętniej niż z ludźmi. Jestem do niej pod tym względem podobna, tak przynajmniej twierdzi moja matka w chwilach, kiedy się na mnie wścieka.

12 kwietnia 2017

Ekspres do kawy fr.1


Kawę lubiłam od zawsze. Matka mieliła ją w starym, odziedziczonym po babci Franciszce młynku, który rzęził głośniej od dziadkowego fergusona. Mniej więcej raz na tydzień ojciec z prawdziwym oddaniem reperował to przedpotopowe urządzenie, ani myśląc o zastąpieniu go innym, nowocześniejszym, zaopatrzonym w regulację grubości mielenia. Młynek babci Franciszki był po prostu niezastąpiony. Rodzinna pamiątka z duszą. Pamiętam, że ilekroć mielił, zatykałam uszy watą, aby nie słyszeć głośnego, wwiercającego się w mózg warczenia mikroskopijnego silnika. Klęczałam na drewnianym, rozchybotanym taborecie kuchennym, cierpliwie czekając, aż matka uniesie brudne wieczko młynka. Natychmiast, niemalże z prędkością błyskawicy, po niewielkim pomieszczeniu rozchodził się intensywny zapach świeżo zmielonej kawy. Chłonęłam go całą sobą. Ten aromat jest we mnie do dziś. Obok zapachu rozgniatanych palcami cytrusowych skórek jeden z najprzyjemniejszych z czasów dzieciństwa. Towarzyszył mi przez lata.

11 kwietnia 2017

Coś we mnie


Powinnam była to przewidzieć już wtedy, gdy przyszłam do jego gabinetu po raz pierwszy. Rozparty w dużym, skórzanym fotelu przyglądał mi się długo. Świńskie oczka głęboko osadzone w szerokiej, nalanej tłuszczem twarzy patrzyły nazbyt śmiało. Uśmiechał się, bębniąc palcami w blat biurka. Co za obleśny typ, pomyślałam wtedy, próbując zachować zimną krew. Zależało mi na tej pracy, zwłaszcza, że byłam już wszędzie i za każdym razem, tłumacząc się brakiem wolnych etatów, odesłano mnie z kwitkiem. Tutaj przynajmniej dawano mi nadzieję, z kadr odesłano do kierownika wydziału. Przyjął mnie serdecznie, poprosił, abym usiadła, kazał sekretarce zrobić kawę. Rozmawialiśmy o cv, wymaganych kwalifikacjach, wynagrodzeniu. Najpierw uśpił moją czujność, by na koniec zaatakować.
- Inne... Mam na myśli panie, które starały się o to stanowisko, były gotowe całować mnie po rękach - powiedział pewnym głosem. - Obiecałem, że się zastanowię, biorąc pod uwagę ich zaangażowanie i gotowość sprostania moim wymaganiom. Chyba rozumie pani, o co mi chodzi?
- Nie, nie rozumiem - odparłam.
- Jest pani młoda, atrakcyjna - ciągnął już bez ogródek. - Miałaby pani pierwszeństwo...
- Doprawdy? - zapytałam, patrząc mu prosto w oczy.
- Z takimi walorami - uśmiechnął się.
- O co panu właściwie chodzi? - wnikałam.
- Oj, pani Alu, dajmy spokój z tą pruderią! Wszystkim mężczyznom chodzi o to samo, o seks. - Sięgnął po filiżankę z kawą. - To kiedy? - Roześmiał się.
- Może pan mówić głośniej? - Ja również się zaśmiałam. - Nie jestem pewna, czy wszystko mi się wyraźnie nagrało - dodałam, wyjmując z torebki telefon komórkowy z włączonym dyktafonem.
Pracę dostałam od ręki. Świńskie oczka nie dały mi jednak spokoju. Były cwańsze niż myślałam, a mój niekonwencjonalny wstęp zachęcił je tylko do większej śmiałości, swego rodzaju gry, która zaczęła przynosić przyjemności, o jakich do tej pory nawet im się nie śniło. Mimo znajdującego się w moim posiadaniu kompromitującego nagrania, kierownik pozwalał sobie na więcej, a ja czułam się coraz bardziej bezradna. Groźby upublicznienia sekretu szefa, wniesienia oskarżenia o mobbing, zdały się na niewiele. Wiedziałam, że z łatwością wytłumaczy swoje postępowanie, każdy prawnik go wybroni, każdy sąd uniewinni, zasądzając co najwyżej jakąś niewielką grzywnę. Wiedział o tym i on.
Zaczęły się długie, zimowe popołudnia pełne rozmyślań, niekończących się obaw, co wydarzy się następnego dnia w pracy. Moje dotychczasowe życie towarzyskie legło w gruzach. Wkrótce została tylko samotność, dołączył strach, a potem zniechęcenie i rezygnacja. Wydawało się, że jedyną ucieczką od napastliwego szefa będzie zmiana pracy. I wtedy wydarzyło się coś niespodziewanego, coś, co definitywnie rozwiązało wszystkie moje problemy. Przyszło we śnie pewnej dusznej, grudniowej nocy, we śnie, który stał się tak realny, że zmroził wszystkim w żyłach krew.

Kieliszek brandy rozluźnia. Piję coraz więcej. Jeszcze tydzień temu wystarczał jeden, dziś to już czwarty. Czwarty mały, pękaty kieliszek przypominający kształtem tulipan. Uwielbiam tulipany. Matka sadziła je kiedyś namiętnie w ogrodzie. Teraz rosną tam tylko chwasty. Spoglądam w kieliszek i wyobrażam sobie siłę dębu, z którego zrobiono beczki przechowujące brandy. Drzewo oddało jej wszystko, co miało najlepszego, w co zbroiło się przez lata - siłę, słońce, aromat i kolor. Wypijam kolejny duży łyk i uśmiecham się do cienia rozpostartego na ścianie. Cień zdaje się poruszać, choć ja tkwię w miejscu. Złudzenie. Nie, dziś przecież pełnia księżyca. Dziś wszystko się może zdarzyć.
Wypełniam kieliszek resztkami płynu, pustą butelkę odstawiam na półkę i biorę do ust kolejny łyk. Hiszpańska piętnastoletnia brandy o aromacie prażonych orzechów, wanilii i śliwek rozpływa się na podniebieniu. Zamykam oczy, delektuję się. Zawsze lubiłam alkohol, ten najlepszy, najdroższy, potajemnie wykradany z gabinetu ojca w czasach, kiedy nam się powodziło.
Piątkowy wieczór, myślę rozluźniona, jutro mogę spać do woli. Czuję w głowie lekkie zamroczenie. To nic. Chcę odpłynąć, zapomnieć, zasnąć już teraz, u progu wieczoru, jak najszybciej, zanim pustka wypełni serce. Ogarnia mnie ciepło, pełznie po policzkach, szyi, piersiach, brzuchu, coraz niżej, obezwładnia, pozbawia świadomości. Resztkami sił zerkam na ścianę. Jeszcze przed chwilą cień był ze mną, teraz odszedł. Wiem, że wróci. Zawsze wraca...

Budzi mnie telefon. Jego dzwonek wwierca się w mózg niczym świder, niemalże rozrywa go na strzępy. Czuję nieznośny ból w skroniach. Pulsuje, wydaje się narastać. Podnoszę słuchawkę.
- Co do cholery? - pytam wściekle.
Wszystko jedno kto dzwoni. Jest siódma rano, sobota, nikt nie ma prawa budzić mnie tak wcześnie.
- Ala? - słyszę znajomy głos Baśki, koleżanki z pracy. Jest czymś mocno zdenerwowana. Głos jej drży - Ala, nie uwierzysz! Szef nie żyje!
Szef nie żyje? Ręka trzymająca słuchawkę drętwieje. Poruszam bezgłośnie ustami.
- Ktoś ukatrupił go w nocy! Rozumiesz? Morderstwo! - niemalże krzyczy. - Podobno masakra jakaś, istna jatka, pełno krwi, bałagan, a mieszkanie zamknięte od wewnątrz. Nie wiadomo, jak się dostali do środka! No mówię ci, blady strach na całe osiedle!
Szef nie żyje. Ten skurwysyn zadźgany we własnym mieszkaniu! Dziwne, ale wcale nie jestem zaskoczona. Czuję ulgę, jakby ktoś wyjął mi z głowy ołowianą kulę. Zerkam, czy cień wrócił. Jest. Leży skulony przy ścianie, drży. Odpoczywa.
- Dzięki za telefon - mówię ze spokojem i odkładam słuchawkę.
Coś we mnie chichocze.

09 kwietnia 2017

Brak kontroli


- Dzień dobry - usłyszałam. - Młodszy aspirant Michał Kowalski, powiatowa komenda policji.
Przez uchylone drzwi wdarło się do przedpokoju mroźne, ostre powietrze. 
- Dzień dobry - odpowiedziałam, zapinając guziki przy swetrze. 
To nazwisko. Znałam przynajmniej ze dwudziestu Kowalskich, ale żaden z nich nie był policjantem. Ten Kowalski był jeszcze młody, na oko trzydziestokilkuletni blondyn średniego wzrostu o nerwowych ruchach. Na jego czerwonej od mrozu twarzy widoczne było napięcie, które starał się zamaskować służbowym, nienaturalnie wysokim tonem głosu.
- Chłodno dziś - powiedział, pokazując legitymację służbową. - Będzie z minus dwadzieścia pięć.
- Owszem... - przytaknęłam. - Czy pan w sprawie pogody właśnie? - zażartowałam. 
Zaczął dreptać w miejscu jak chłopczyk, który chce do łazienki za potrzebą. 
- Wolałbym porozmawiać w środku - wydukał wreszcie. - Ja w sprawie pani sąsiada, Kazimierza Wiśniewskiego, zamordowanego dzisiejszej nocy.
Usiedliśmy w salonie. Jaskrawe styczniowe słońce zaglądało przez oszklone drzwi tarasowe. Zrobiłam herbatę. Aspirant Kowalski posłodził trzy czubate łyżeczki, liczyłam w myślach, jedna, druga, trzecia. Potem zaczął mieszać, z uwagą śledząc wirujący po powierzchni płynu plasterek cytryny. Był tak na nim skoncentrowany, jakby ten plasterek awansował nagle do rangi najważniejszego na świecie, jakby stanowił pępek wszechświata. Milczeliśmy. Zaczynało to być irytujące.
- A więc nie zauważyła pani nic podejrzanego? - zapytał w końcu. - Nic, co mogłoby pomóc nam w rozwikłaniu tej sprawy? Jest pani najbliższą sąsiadką. Proszę pomyśleć...
- Nie mam nad czym myśleć - przerwałam mu w pół zdania. - Nie widziałam nic podejrzanego, przynajmniej wczoraj...
- Przynajmniej wczoraj? - czepił się tych słów jak koła ratunkowego. - A więc jednak coś panią zastanowiło, zaniepokoiło, zwróciło pani uwagę... Wcześniej? To znaczy zanim doszło do morderstwa?
To jego denerwujące "a więc". 
- Podejrzane było to, że Wiśniewski przez tyle lat znęcał się nad rodziną, pił, katował żonę i dziecko, ale mimo zgłoszeń sąsiadów i samej krzywdzonej, żadna instytucja uprawniona do ścigania takich draniów nie zainterweniowała skutecznie.
- A więc ofiara mogła mieć wrogów ze względu na swoją słabość do alkoholu i częste, pijackie wybryki. - Zapisał w wyjętym z kieszeni notatniku. 
- Niech pan nie nazywa go ofiarą! - zaprotestowałam. - Ofiarą była jego rodzina, a on zwykłym łajdakiem!
- A więc pochwala pani to, co się stało? - dociekał, nie podnosząc oczu z nad notatek. - Ktoś sam wymierzył sprawiedliwość.
- Pochwalam, lecz moje zdanie jest tutaj mało ważne - powiedziałam. - To wy prowadzicie śledztwo.
Aspirant przez cały czas robił notatki. Przekreślał coś i znów zapisywał, jakby sporządzał listę sprawunków, które musi wykupić w sklepie przed powrotem do domu ze służby. Wyobraziłam go sobie, jak stoi w markecie z pustym koszykiem, spogląda na listę i marszczy czoło. 
- Jeszcze jedno... - zapytał. - Wczoraj wieczorem byliście państwo w domu. Czy ktoś to może potwierdzić?
Byłam spokojna, prawie zadowolona. Tym razem obeszło się bez "a więc". 
- Teściowa - odparłam. - Mieszka obok.
- Pytam o kogoś spoza rodziny - dociekał tamten.
- Spoza rodziny? - Udawałam, że się zastanawiam. Zmrużyłam lekko oczy, jakby szukając czegoś w pamięci. - Tak, jest ktoś taki...
- Nazwisko, adres!
Wskazałam na laptop. Aspirant uniósł brwi na znak, że nie rozumie.
- Nazwiska ani adresu nie podam - powiedziałam z uśmiechem. - To są bohaterowie moich książek. Oni mogą jedynie poświadczyć, że piątkowy wieczór spędziłam w domu przy laptopie, pisząc kolejny fragment książki.
- A więc jest pani pisarką? - Zaśmiał się. - Pisarką dowcipów?
- Nie, thrillerów, horrorów, kryminałów.
- Wow! - Okrzyk niemalże zachwytu. - Moja ulubiona działka! Mówi pani, że bohaterowie mogą zaświadczyć? He he...
- Owszem... - przytaknęłam. - Niektórzy co prawda mało wiarygodni. No wie pan... psychopaci, mordercy! Muszę się panu do czegoś przyznać... - Ściszałam nagle głos. - Ci właśnie wyrywają mi się czasem spod kontroli.
- I co wtedy? - Aspirant był wyraźnie rozbawiony. Zamknął notatnik. Rozparł się na fotelu. Wreszcie się rozluźnił.
- To są prawdziwe bestie, panie aspirancie. Bestie polujące na łajdaków. Najpierw obserwacja, potem atak i mord. Usuwają ze świata najgorsze szumowiny.
Kowalski spojrzał na mnie jakoś dziwnie. Nie uwierzył. Nigdy nie wierzą, pomyślałam.
- Jest pani specjalistką od czarnego humoru, he he... - stwierdził, trzymając się ze śmiechu za brzuch.
- Nie wierzy mi pan? A powinien. No cóż, powodzenia w śledztwie!

08 kwietnia 2017

Cyganka


- Złociutka, zapnij mi perły na szyi, bo palce za grube - usłyszałam, gdy odwróciłam się w stronę ulicy.
Kilka metrów dalej stał granatowy mercedes. Charakterystyczne logo - trójramienna gwiazda, błyszczało w promieniach styczniowego słońca. Doskonale znałam się na markach samochodów. To jedyna rzecz, której nauczył mnie ojciec, nieżyjący od blisko dwudziestu lat mechanik samochodowy. Taka scheda po nim, pomyślałam z przekąsem. Ojciec chlał na potęgę. Jedyne, co rozumiałam z jego pijackiego bełkotu, to powtarzane z pasją marki samochodów. Często mnie z tego egzaminował, a potem chwalił się przed kolesiami, że mała odziedziczyła po nim zamiłowanie do mechaniki. Głaskał mnie utytłanymi w smarze, trzęsącymi się od wódki, łapami, czego nie znosiłam. Właściwie to nigdy nie widziałam ojca trzeźwego, ani wtedy, gdy przychodził do szkoły na wywiadówki, a ja usilnie próbowałam się go pozbyć, wmawiając mu, że wychowawczyni już poszła do domu, ani wtedy, gdy leżał w szpitalu na wpół zżarty przez raka i wykradał pielęgniarkom spirytus salicylowy, by wypić go potem jednym duszkiem w ubikacji.
- Złociutka - powtórzył głos.
Który to już raz w tygodniu? Straciłam rachubę. Przestałam liczyć, gdy sytuacja powtórzyła się po raz trzynasty. Może nie powinnam przestać myśleć o odwróceniu tego czarnego scenariusza? Przecież zawsze jest nadzieja... Do tej pory rozmawiałyśmy przez okno od strony pasażera, miało opuszczoną do połowy szybę, dziś Cyganka lekko uchyliła drzwi. A więc coś się zmieniło. Co prawda niewiele, ale jednak. Jeśli skoncentruję się na szczegółach, może dostrzegę więcej takich odstępstw.
- Złociutka, podejdź tu na chwilę - powiedziała przymilnie Cyganka. - Pomóż człowiekowi w potrzebie.
Za pierwszym razem uległam odruchowi czysto ludzkiemu. Chciałam pomóc. Nawet przełożyłam torebkę na lewe ramię i zerknąwszy na zegarek, zrobiłam krok w kierunku mercedesa. Matka czekała na mnie od godziny. Znowu będzie marudziła, że nigdy mi się nie spieszy. Ostatnio marudziła zbyt często. Denerwowało ją wszystko. A to nie ta piżama, a to mandarynki za kwaśne, szpitalne jedzenie niedobre, córka ciągle zapracowana, przychodzi zbyt rzadko i tylko na kilka minut. Nie dba o matkę tak, jak matka dbała kiedyś o nią. Za każdym razem to samo. Akurat ten motyw nigdy nie zmienia się w scenariuszu. Czy gdybym podeszła do samochodu, gdybym pochyliła się nad starą, próbując zapiąć te cholerne perły, matka martwiłaby się moją długą nieobecnością? Czy uchroniłoby to przed śmiercią tamtą kobietę? Tamta kobieta miała dziecko, ja nie mam dzieci. Nigdy nie chciałam mieć.
- Złociutka - głos nalegał.
Coś zaczyna się dziać.
Nasze spojrzenia spotkały się na ułamek sekundy. Miała czarne, smutne oczy. Starość nie odebrała im blasku. Były piękne. Nie dostrzegłam w nich nic, co mogłabym zinterpretować jako ostrzeżenie, żadnego cienia, najmniejszej rysy. Cyganka była mistrzynią kamuflażu.
- Podejdź, złociutka - powtórzyła i wyciągnęła rękę w moją stronę, eksponując perły dla uwiarygodnienia prośby. Dłoń trzymająca błyskotkę była długa i smukła, powleczona pomarszczoną skórą o odcieniu bursztynu. Szpiczaste paznokcie czerwieniły się na tle szarego futra, w które ubrana była Cyganka. Wszystko zdawało się krzyczeć:
- Podejdź bez obawy! Bogaci Cyganie nie kradną, jeżdżą wypasionym mercedesem, ich kobiety noszą futra i mają perły! Nie muszą kraść!
- A pani syn? - przeniosłam wzrok na siedzącego obok starej Cygana. - Dlaczego on nie pomoże?
Był przynajmniej dwa razy młodszy od niej. Okrągła twarz, duży nos i usta, małe, kaprawe oczka nie wzbudzały zaufania. Było w nim coś takiego, co z miejsca nakazywało zachować ostrożność. Uśmiechnął się delikatnie, lecz jakby od niechcenia. Musiał już wiedzieć, że tym razem nic nie wskórają. Jego uśmiech zdawał się mówić: nie ma sensu silić się na coś więcej.
- Nie wziął okularów - powiedziała stara, mrużąc oczy. Ona też już się domyślała. Śledziła każdy mój ruch.
- Ślepy nie powinien siadać za kierownicę - stwierdziłam, mimowolnie sięgając do kieszeni kurtki. Nie, nie po telefon, ot tak po prostu, zwykły odruch zakłopotania. Usłyszałam trzask zamykanych drzwi. Cygan szybko wcisnął sprzęgło, wbił bieg i zerknąwszy w boczne lusterko, dał gazu. Samochód powoli ruszył do tyłu. Powinnam była ich zatrzymać, odetchnęłam tylko z ulgą.
Uczucie ulgi nigdy nie trwa długo. Wkrótce osaczą mnie wątpliwości i poczucie winy. Kolejny raz stchórzyłam. Pojawi się strach, nieznośny, dokuczliwy, wyciskający z serca wszystko, co ważne, kurczący je do wielkości piłki pingpongowej, małej, kruchej, pustej w środku. Wszystko powróci. Następna szansa wkrótce. Czy dam wtedy radę? Zadawałam sobie to pytanie już tylekroć, za każdym razem obiecując, że dam. Dam radę! Tymczasem kolejny raz stchórzyłam. Jak przerwać to błędne koło, ciąg wciąż powtarzających się zdarzeń?
Jem obiad, naleśniki z serem, moje ulubione. Jest ciepłe, przytulne popołudnie. Popołudnie spędzone wśród swoich. Powietrze drży. Rodzina jest największą wartością, powtarzam w myślach jak mantrę. Nie wolno mi o tym zapominać, inaczej przepadnę, zginę wśród mgły. Tyle razy słyszałam te słowa. Ludzie umieszczają je na transparentach. Rodzina najważniejsza! Powinnam wytatuować to sobie na skórze.
- Halo, tu ziemia! - słyszę wesoły, dobrze znajomy głos. - Może wybralibyśmy się na zakupy?
Nie znoszę zakupów, ale Adam o tym nie wie. Chce sprawić mi przyjemność. Nowy ciuch polepsza samopoczucie każdej kobiety. Telewizyjny slogan. Działa jak kieliszek brandy. Pobudza. Kupimy kilka bluzek, bieliznę, głównie dla mnie. Kolejne rzeczy na wieszaku w szafie, kolejne, których nigdy nie założę.
- Tak, jedźmy - odpowiadam.
Robię to dla niego. Nie zasłużył na prawdę. Źle... Nie zasłużył na ból, a prawda byłaby bolesna. Całuje mnie w czoło, potem w szyję. Odsuwam się, delikatnie, niby żartem. Przełykam ostatni kęs naleśnika, idę do łazienki, myję ręce, twarz... Spoglądam w lustro. Obce oczy, maska, trudno ją zmyć, staje się to coraz trudniejsze.
Jesteś mistrzynią kamuflażu jak ta Cyganka, myślę, odwracając się od lustra. Jest mi niedobrze. Czuję napływającą falę mdłości. Brzuch pulsuje. Gorąco, coraz goręcej. Pot. Nogi słabną. Nie chcą mnie dźwigać. Niepotrzebny strup ciała. Siadam na taborecie i pochylam się, kulę jak gąsienica dotknięta źdźbłem trawy, mała, zielona, wystraszona, która tylko to potrafi, uciekać, kryć się w sobie, nic więcej. Jestem tchórzem.
- Kochanie - słyszę zza drzwi. - Kochanie, długo jeszcze? Którą ci wziąć torebkę?
Wszystko jedno... Jest mi wszystko jedno! Nie mogę mu tego powiedzieć. Zamiast głęboko oddychać, zaciskam usta. Muszę poczekać.
- A może plecak? Ten pomarańczowy... - głos nie daje spokoju, wwierca się w świadomość, zdaje się trafiać w każdy nerw.
Zatykam uszy. Nie pomaga...
- Kochanie?
Powinnam się teraz odezwać. Adam nie lubi, gdy milczę. Mówienie jest dla niego objawem zdrowia. Milczenie niepokoi, zatrważa.
- Mów do mnie - upomina się zawsze.
- Ale co? - pytam. - Co mam mówić?
- Nie wiem! Po prostu mów... Co w pracy? Jak się czuje twoja matka? - tłumaczy wyraźnie zdenerwowany. - Wszystko jedno co! Lubię, gdy opowiadasz o sobie, o nas...
O nas... Tam, gdzie utknęłam, nie ma nas, jest za to ból, strach i szansa, aby z tym skończyć.
- Zaraz wyjdę - uspokajam go. - Wyczeszę włosy, pomaluję usta.
- Bez tego jesteś piękna.
Wiem, że się uśmiecha, gdy to mówi. Dowcipkuje. Dobrze. Znowu się udało. Coraz trudniej...
Jedziemy ruchliwą szosą. Przed i za nami kawalkada brudnych aut. Powietrze szare, przymglone, cuchnące spalinami. W radiu śpiewa Czesław Niemen, "A my, jak we śnie, jak we śnie, jak we mgle." Dosłownie. Jak we mgle...
- Szef dał mi urlop - mówi nagle Adam. - To tylko cztery dni, ale może byśmy gdzieś wyjechali? Chyba najlepiej w góry, co? W Bieszczady...
Mówić, trzeba mówić, żeby uśpić jego czujność. "Na co nam świat, na co czas, to wszystko trwa obok, obok nas". Lubię tę piosenkę.
- Na co nam świat, na co czas... - powtarzam szeptem, a potem już głośno: - Wspaniale!
Mam suchy, drewniany głos. Adam zerka na mnie, jeden, dwa, trzy razy, liczę w myślach. Coś go zaniepokoiło. Szybko odwracam twarz. Patrzę za okno. Na płachetce brudnego śniegu stadko wron, a może gawronów, nigdy ich nie rozpoznaję. Chciałabym, żebyśmy się zatrzymali. Chciałabym popatrzeć na nie przez chwilę, ale nie, lepiej nie.
- Nie cieszysz się? - pyta Adam, a ja zaczynam panicznie szukać słów. Zgubiłam wszystkie, mam pustą głowę.
- Alu, mów do mnie...
I znowu to samo. Oślepiający blask styczniowego słońca. Zmarznięte grudki śniegu chrzęszczą pod stopami. Jestem po pracy. Spieszę się. Matka odchodzi pewnie od zmysłów. Mam dla niej w torebce coś specjalnego, książkę, stary romans Stephanie Laurens. Nerwowo sięgam do kieszeni, wyciągam telefon i spoglądając na ekranik, przyspieszam. Jest już późno. Słyszę dźwięk hamującego nieopodal samochodu, trzask otwieranych drzwi.
- Złociutka, zapnij mi perły na szyi, bo palce za grube - rozlega się znajomy, piskliwy głos Cyganki.
Nie patrzę w jej stronę. Czarne, smutne oczy mogłyby pozbawić mnie odwagi. Podchodzę bez wahania. Na ustach starej wykwita uśmiech bezmiernej ulgi. Ryba bierze. Złociutka ryba. Tego właśnie pragnęła - szybkiej reakcji dobrego, naiwnego serca... Serca, które można łatwo oszukać...

Niebieska marynarka

Ciało siedziało tam nadal. Wciśnięte między dwie tłustawe matrony ociekające głupawym zachwytem, mdłym oddaniem pustej idei, wyglądało j...