31 lipca 2016

Wakacje nad jeziorem fr.1

- Masz coś we włosach - szepnęła, przyglądając mi się spod przymrużonych powiek. 
- Nie strasz mnie! Takie spojrzenie nie wróży nic dobrego! Dopiero co umyłam głowę po tej idiotycznej zabawie na plaży. - Wzdrygnęłam się, szybko przeczesując włosy palcami. 
- To tylko paproszek! Wciąż tam jest! - Roześmiała się. - Daj, wyjmę!
Pachniała olejkiem do opalania.
- Masz piękne włosy, lśniące i mocne - powiedziała półgłosem, jakby chciała się zwierzyć z jakiegoś sekretu. Czułam jej oddech na szyi. - Zawsze marzyłam o takich lokach. O, jest! To chyba jakieś nasionko? Zaplątało  się w te twoje sprężynki jak ryba w sieć! Złota rybka... 

29 lipca 2016

Powrót fr.2

- Cześć, Weronika. Wyglądasz jak zawsze pięknie... - powiedział, sięgając po jej bagaż.
Nie cierpiała tych farmazonów i Adam doskonale o tym wiedział. Prawienie komplementów uważała za puste i bezcelowe, zwłaszcza gdy mówił je każdej spotkanej kobiecie. Po co jednak wracać do przeszłości, zwłaszcza teraz.
- Nie musiałeś po mnie wyjeżdżać na dworzec, znam drogę do sądu. Autobusy przecież kursują - bąknęła i usadowiła się na przednim siedzeniu opla.
Adam milczał. Lekko przekręcił kluczyk w stacyjce, silnik zawarczał, a z głośników popłynęła muzyka. To do niego podobne, sentymentalny głupek, pomyślała zirytowana, wsłuchując się w słowa dobrze znanej piosenki.
- Masz kogoś? - zapytała jakby mimochodem, a gdy nie odpowiedział, drążyła dalej: - Dlaczego pytam? Oj, nie myśl sobie nie wiadomo czego... Po prostu zaskoczyłeś mnie! Przez tyle lat nie zgadzałeś się na rozwód, a tu nagle taka zmiana. Pomyślałam, że w grę wchodzi jakaś kobieta... Mam rację, jest ktoś? To coś poważnego, tak?
Cisza. Nawet na nią nie spojrzał, tylko mocniej nacisnął pedał gazu. Poczuła, że przyspieszają. O tej godzinie na drodze pustki, tylko od czasu do czasu obok nich przemykał tir. Zawsze bała się tych kolosów, ale od początku był z niej marny kierowca. Zazwyczaj prowadził Adam.
- Rozumiem, nie moja sprawa... - szepnęła, starając się zdusić w sobie wzbierającą złość.
Dupek, jak mogłam za niego wyjść, pomyślała. Nie różnił się niczym od innych mężczyzn. Przez pewien czas łudziła się, że własnie przy nim odnajdzie upragniony spokój, tymczasem Adam chciał czegoś więcej. Nie była gotowa na macierzyństwo, nigdy nie będzie...
Zza zakrętu wyłoniła się kolejna ciężarówka z naczepą.
- Zawsze kochałem ciebie, Weroniko. Nie ma nikogo innego... - Głos mężczyzny brzmiał jakoś dziwnie.
Tylko na chwilę oderwała wzrok od pędzącego w ich kierunku tira. Adam był blady, ale spokojny.
- Nigdy nie będzie... - powtórzył, jakby czytał w jej myślach. - Nigdy...
Nagłe szarpnięcie, pisk opon i huk. Poczuła, jak jakaś ogromna siła wyrywa ją do przodu. Chciała krzyknąć, zaprotestować, ale jej usta już się nie poruszyły.

27 lipca 2016

Powrót fr.1

Wracała. Adam miał po nią wyjechać na dworzec. Zupełnie jak za studenckich czasów, pomyślała, tylko tym razem nie będzie margerytek ani namiętnych pocałunków. Spojrzała na zegarek, jedyny prezent od Adama, który zabrała do nowego świata. Dochodziła właśnie trzynasta, kiedy pociąg wtoczył się na peron. Kiedyś to miejsce tętniło życiem, dziś dworzec zionął pustką. Przy wejściu do poczekalni stał Adam. Nic się nie zmienił, przystojny brunet, za którym oglądały się wszystkie dziewczyny w mieście. Czemu oświadczył się akurat jej? Ich małżeństwo od początku było przecież skazane na porażkę, mimo to zgodziła się za niego wyjść. Nie kochała Adama, on za to szalał za nią, ale czy to teraz ważne... Wracała po latach, nie dla niego, nie dla tej garstki wspomnień.  

25 lipca 2016

Józkowa miłość fr.3


Długo Józek nie wracał z zabawy. Noc minęła, słońce stanęło w zenicie, gdy matka dojrzała go na końcu gościńca. Szedł wartko, pewnie, a jego śpiew niósł się po wsi jak odgłos dzwonów w niedzielę. Matka z radości klasnęła w dłonie. Widać Józek się zakochał, pomyślała i wybiegła mu na przeciw. A upał taki, że ani jednej żywej duszy nie ujrzysz, tylko kurz i Józek ze swym "moja kochano panienko, moja jedyno". Darł pyska, aż się starej matce dziwnie zrobiło. Jeszcze ludziska pomyślą, że pijany.
- Matulu - powiada Józek - mnie trzeba do zakonu iść, Panience Przenajświętszej służyć. Z nią zaślubiny będą, ale najpierw żniwa, bo kłosy dojrzałym ziarnem pachną.
Doczekała się matka pociechy z syna, oj, doczekała.

24 lipca 2016

Józkowa miłość fr.2

Drugiego takiego jak Józek nie ma we wsi. Inni już dawno się pożenili, a on idzie w zaparte, że samemu na świecie najlepiej. 
- Jedną ma miłość ten wasz Józek, wódkę. Na taką kochanicę nie ma lekarstwa, Gozdkowo! Do żeniaczki go nie zmusicie. Dajcie spokój, bo jakieś nieszczęście z tego wyniknie - powiada każdy, komu przyjdzie słuchać żalów Józkowej matki.
Dobra to kobiecina. Jednego go miała, nie to co inne we wsi, niektóre po dziesięcioro dzieciaków na świat wydały. Mąż wcześnie ją obumarł, młoda jeszcze była, ale ona innego chłopa do chałupy nie chciała wziąć, choć garnęli się, nie powiem, garnęli, i Boguś od Krajków, rosły i majętny, i Zdzisiek ze Stróżek co dzień przyjeżdżał komarem. Nie spojrzała na żadnego, tylko Józka jak to oczko w głowie pieściła, żeby pociecha na stare lata była. Doczekała się starowinka pociechy, oj, doczekała, nic tylko usiąść i zapłakać, bo przecież znikąd pomocy. Jeszcze tylko ratunek w Matce Przenajświętszej, ta jedna nadzieja... Stara Gozdkowa wyciągnęła spod siennika grosz odłożony na czarną godzinę i proboszczowi na mszę dała w intencji tej Józkowej żeniaczki, a może Bóg się zmiłuje i synalka przed ołtarz zawiedzie.
- Niech Bóg obdarzy szczęściem tego mojego Józka - rzekła kobieta i księdzu proboszczowi pieniądze w garść wcisnęła, potem ucałowała go w dłoń, jak ją zawsze matka uczyła.
Pleban pieniądze do kieszeni zgarnął i jeszcze tego samego dnia mszę odprawił. Jakoś niedługo Józkowi się odmieniło. Ubrał spodnie w kant prasowane, odświętną, płócienną koszulę, lakierki i na zabawę do sąsiedniej wsi poszedł. Matce jakby ktoś ciężar zdjął z serca. Z wieczora, zmówiwszy różaniec, położyła się do łóżka, ale zasnąć coś nie mogła, tylko co rusz na drzwi spoglądała, czy aby syn w nich nie stoi na swych koślawych kulasach. Czasem, gdy zanadto pohulał w karczmie, próg chałupy był dla niego nie lada przeszkodą. Wtedy matulę przyzywał i na jej ramieniu wsparty do łóżka kuśtykał. Nieraz namęczyła się z tym pijanicą nieboga, oj, nieraz! Kochała go jednak jak tylko matka potrafi, najmocniej i ślepo. 

23 lipca 2016

Józkowa miłość fr. 1

Józek nie chciał się żenić. A bo to źle mu u mamusi, upierze, ugotuje, do roboty nie goni. Może i pospać, i popić do woli. Żeniaczka niejednego już usidliła, oj, niejednego! Taki Stasiek od Zybałów, kiedyś chłopak jurny, za kołnierz nigdy nie wylał, a teraz co... nos na kwintę zwieszony, blady, zagoniony, a kiedy na jednego do knajpy zawołasz, odpowiada, że stara z domu na zbity pysk wyrzuci. Urobiła go jędza, przekabaciła, już po chłopie... Lepiej nie mówić, bo łzy do oczu się cisną, a nogi jak z waty.  

22 lipca 2016

Poziomki

Tego roku obrodziły wyjątkowo obficie, na każdej łodyżce wisiało po kilka, kilkanaście dorodnych poziomek. Chłopak nie zważał na łażące po nim mrówki ani na pszczoły, które o tej porze stadami garnęły się do kwitnącej nieopodal pysznogłówki purpurowej. Antek zrywał dojrzałe, intensywnie pachnące owoce, zerkając co chwilę w kierunku majaczącego wśród zieleni domu. To stamtąd miała nadejść pani Monika, żona prezesa Boronia, trzydziestokilkuletnia piękność. Nie chciał przegapić tego momentu. Kobieta przychodziła nad sadzawkę co dzień w południe, teraz spóźniała się. Zegar na kościelnej wieży wybijał już trzynastą, a prezesowej nie było. Denerwowało go to, wiercił się w swojej kryjówce, rozmyślając nad przyczynami tej niespodziewanej zwłoki. Czyżby mąż jej nie pozwolił? To do niego podobne. Boroń pilnował żony jak wściekły pies. Nie bez powodu kazał wybudować ten wysoki parkan oddzielający ogród od sąsiednich działek. Stary zazdrośnik nie mógł znieść, że ktoś bez pozwolenia patrzy na jego młodą żonkę opalającą się w skromnym bikini. A było na co popatrzeć, każdy cal jej ciała był kusząco piękny, a chyba najbardziej piersi, dorodne i słodkie jak te poziomki, które Antek z rozkoszą gniótł językiem na podniebieniu. Kiedy zobaczył ją po raz pierwszy tak beztrosko siedzącą nad brzegiem sadzawki, oniemiał, bezwiednie wychylił głowę z ukrycia i chłonął to piękno, długie lśniące włosy ułożone w delikatne fale opadające na ramiona, smukłe uda, krągłe biodra i duże, jędrne piersi, jakich Antek do tej pory u żadnej kobiety nie widział, nawet u tych z kolorowych czasopism podkradanych ojcu. Gdyby prezes przyłapał go wtedy w krzakach, zapewne ubiłby chłopaka na kwaśne jabłko, jak zwykł to robić z każdym, kto zanadto zbliżył się do jego żony. Antek miał jednak więcej szczęścia niż rozumu, tego dnia Boroń się nie pojawił. Chłopak raz zwabiony słodkim zapachem poziomek, nie zamierzał tak łatwo rezygnować z ich smaku. Co dzień, sobie tylko wiadomym sposobem, przeskakiwał parkan. Zanurzony w wilgotną zieleń zakazanego ogrodu mógł do woli skrycie rozkoszować się widokiem rozebranej prezesowej i smakiem aromatycznych owoców. Tego dnia zerwał garść i dla niej. 

Niebieska marynarka

Ciało siedziało tam nadal. Wciśnięte między dwie tłustawe matrony ociekające głupawym zachwytem, mdłym oddaniem pustej idei, wyglądało j...