16 stycznia 2015

Powrót na wrzosowisko (cz.17) - Zbyszek

      Zbyszek zadzwonił w niedzielne popołudnie. Był asystentem profesora Karskiego. Zdolny, niezwykle kreatywny, tytan pracy, przed rokiem został przydzielony do naszego zespołu i wkrótce dzięki jego pomysłowości zrobiliśmy w badaniach ogromny krok na przód.
- Alu, potrzebujemy cię tutaj bardziej niż kiedykolwiek. W tym tygodniu wkraczamy w fazę testów na szympansach, nie wyobrażam sobie tego bez ciebie. Przyjeżdżaj jak najszybciej.
       Nie mogłam wrócić. Nie byłam jeszcze gotowa. Czułam, że to miejsce mnie potrzebuje, ja potrzebowałam jego...  Jakaś niezwykła siła mnie tutaj sprowadziła, kazała rzucić wszystko i wrócić na wrzosowisko. Nie mogłam go zawieść, zdradzić na nowo, odjechać w chwili, kiedy odkrywało przede mną swoje serce.
- Alu, jesteś tam? - usłyszałam w słuchawce zaniepokojony głos mężczyzny.
- Zbyszku, zacznijcie beze mnie... - odpowiedziałam i odłożyłam słuchawkę.

15 stycznia 2015

Powrót na wrzosowisko (cz. 16) - Szarlotka

       Rzucili się ku piecykowi. Pan Alfred dopadł go pierwszy. Szybkim, zwinnym ruchem otworzył drzwiczki i już miał ratować szarlotkę, jednak gorąco, które wydobyło się z czeluści kuchenki, skutecznie powstrzymało gorliwca. Jako druga do piecyka podbiegła Teresa, ja zaś stałam bezradnie na środku kuchni i przyglądałam się obydwojgu. Niewielkie pomieszczenie natychmiast wypełniło się zapachem spalenizny. Teresa chwyciła przez fartuch rozgrzaną blaszkę i wybiegła na werandę. Widziałam, jak stojąc nad  spalonym ciastem, pochlipywała, a skruszony pan Alfred przekonywał:
- Pani Teresko, no proszę spojrzeć, tylko z wierzchu leciutko przypalona. Ja to lubię takie chrupiące ciasto i tak sobie myślę, że dziś to nawet zjem ze trzy kawałki więcej niż zwykle.   
I na znak, że szarlotka w takiej postaci niebywale mu smakuje, łamał kawałki jeszcze gorącego ciasta, opychał się nimi gorliwie, brudząc wąsiska. Zerkał przy tym na zrozpaczoną kucharkę, jakby tym spojrzeniem pragnął zetrzeć z jej twarzy całą przykrość. Teresa najwidoczniej wyczuła zamiary troskliwego opiekuna, bo w jednej chwili pojaśniały jej oczy, porządnie wydmuchała czerwony nos w fartuszek i poczęła dłońmi strzepywać okruszki z wąsów pana Alfreda, przyprószając je przy okazji delikatną, mączną siwizną. 

14 stycznia 2015

Żar

      Szum fal. Ich wierzchołki docierają do stóp, łaskoczą je delikatnym chłodem. Drżysz. Piasek tak rozgrzany, że aż parzy. Słońce wędruje po łydkach, głaszcze uda, ślizga się po biodrach i wspina coraz wyżej. Wdrapuje na piersi, odkrywa drogę do szyi, pieści ją przez chwilę. Śpieszy się... Spragnione ust, przysiada między wargami i wtula w nie jak w wilgotną jamkę.
Zazdroszczę piaskowi, który przylgnął do twojej skóry tak beztrosko.

Powrót na wrzosowisko (cz.15) - Kino

Teresa piekła właśnie szarlotkę, kiedy wparował pan Alfred i przemierzając szybkim krokiem całą długość kuchni, oznajmił:
- Niebywałe! Drogie panie, na nowo mamy w miasteczku kino! W sobotę pierwszy seans!
Twarz miał zarumienioną, oczy roziskrzone, co chwila podkręcał sumiasty wąs, chodził tam i z powrotem jakby wiadomość, którą przyniósł, obwieszczała wypełnienie się słów apokalipsy i wkrótce miał nastąpić koniec świata. Teresa, zaskoczona tym nagłym wejściem sklepikarza, w pośpiechu zdejmowała fartuch ubrudzony jabłkami, próbując jednocześnie poprawić rozwichrzoną fryzurę.
- Oto bilety... Hm... Myślę, że nie odmówicie mi, panie, i dacie zaprosić się na seansik?  - rozentuzjazmowany Don Juan łypał oczkami w kierunku Teresy.
Poczerwieniała  w jednej chwili i mnąc fartuszek rękami białymi od mąki, patrzyła z uwielbieniem na pana Alfreda.
Ja zaś krzyknęłam:
- Ciasto się pali!

Spotkanie

       Pamiętam niebo zasnute chmurami. Czarne, złowróżbne gromadziły się w stada jak wrony. Wiatr targał czuprynami zeschniętych traw, wyginał gałęzie drzew, zrywając z nich ostatnie tej jesieni liście. Szukając odrobiny ciepła, otuliłam głowę szalem, a skostniałe z zimna dłonie wcisnęłam do kieszeni. Biegłam z piekarni, taszcząc pod pachą reklamówkę z bułkami. Przed pracą miałam zamiar zjeść solidne śniadanie, wypić suto osłodzoną kawę. Czasu miałam niewiele.
Co dzień to samo. Kolejny ranek pełen pośpiechu i zrzędzenia matki, zawsze z wszystkiego niezadowolonej. Powtarzający się od lat rytuał. Dźwięk budzika o świcie, posadzka zimna i chropowata, wiecznie lodowata woda i matka narzekająca na panujący w mieszkaniu chłód. Dokuczał jej bezustannie, nawet w najgorętsze letnie popołudnia. Potem szybki spacer do piekarni, aromat świeżego pieczywa. Najcudowniejsza chwila dnia...
      Przechodziłam obok twojego domu. Odsłoniłaś zasłonkę. Chyba mnie poznałaś, bo uniosłaś rękę jakby w geście pozdrowienia. Ta sama wychudła twarz, włosy opadające na ramiona, skulona sylwetka. Wszystko znajome. Zapaliłaś papierosa. Poczułam delikatny zapach dymu sączącego się przez szczeliny w oknie. Wiatr szumiał w ogrodzie.
Umarłaś kilka dni wcześniej...

Agnes (cz.9) - Tęsknota

       Podróż płynie szybko. Pociąg pędzi po równinie, rozcinając mroźne powietrze. Świeża biel lasów i łąk uspokaja. W przedziale siedzą dwie kobiety. Paplają przez całą drogę. Jedna przygląda mi się uważnie. Ciekawskie oczka błądzą po mojej twarzy jakby z zamiarem zdarcia z niej milczenia. Zagaduje w końcu. Odpowiadam uprzejmie, ale zdawkowo, odwracam się w kierunku okna na znak, że nie zamierzam konwersować. Obrazy migają przed oczyma.
Zaczynam myśleć o Agnes.
       Wróciła z ogrodu. Była zmęczona. Przez całe popołudnie grabiła liście, wywoziła je na kompostownik, zbierała kamyki i gałązki z trawnika, obcinała łodygi róż, grała z synem w piłkę, zmieniła piasek w piaskownicy. Była w kiepskiej formie fizycznej, ale odpoczywała wewnętrznie. Praca w ogrodzie dobrze wpływała na samopoczucie. Po całym tygodniu chodzenia do pracy potrzebna jej była właśnie taka odskocznia.
Nadszedł wieczór. W mieszkaniu chłodno. Spojrzała przez okno. Drzewa wyrywały się ku niebu bezlistnymi gałęziami.
       Była pewna, że nigdy go już nie spotka. Przez te kilka dni starała się o nim nie myśleć. Rzuciła się w wir pracy, pragnąc odsunąć od siebie przygnębienie. Za każdym razem, gdy wracała do pustego mieszkania, czuła niewysłowioną tęsknotę. Nie, nie powinna znowu tam zaglądać. Monitor od kilku dni przygnębiał pustką. Martwy niepotrzebny mebel. Rozczarowanie, gniew, bezsilność...

13 stycznia 2015

Agnes (cz.8) - Kruszyna

           Kruszyna była tam od zawsze. Rosła niedaleko płotu i co roku wytrwale pięła się ku niebu. Nie wiadomo, skąd wzięło się drzewo, kto je posadził przy brzozowym pniu ławki, na której lubiła siadywać w dzieciństwie Agnes. Może nasionko przyleciało z wiatrem, może przyniósł je ptak, a może sąsiad przywiózł z lasu. Kiedy starzec wracał z pracy, Agnes wspinała się na ławeczkę, wychylała zza płotu jak z bezpiecznej twierdzy i patrzyła na klacz Bertę ciągnącą wóz wypełniony po brzegi pniami drzew albo snopkami żyta. Przemawiała pieszczotliwie do zwierzęcia. Sąsiad cmokał głośno, gdy klacz zwalniała i zwracała łeb ku dziewczynce z nadzieją, że dziecięca dłoń obdaruje ją kostką cukru. Agnes uśmiechała się, wsuwała smakołyk w pysk ulubienicy i chowała się na powrót do kryjówki. Spędzała tam długie godziny. Zatopiona w marzeniach nie słyszała matki krzątającej się po podwórku leśniczówki. Kruszyna była początkowo niemą towarzyszką rozmyślań Agnes. Delikatny pęd przytulony do sztachety wydawał się nieobecny. Zasłuchany w myśli dziecka uczył się tajemniczej, fascynującej mowy. Kiedy kruszyna po raz pierwszy zakwitła, Agnes usłyszała jej śpiew. Wtedy też dziewczynka dowiedziała się o moim istnieniu.

Niebieska marynarka

Ciało siedziało tam nadal. Wciśnięte między dwie tłustawe matrony ociekające głupawym zachwytem, mdłym oddaniem pustej idei, wyglądało j...