07 lipca 2016

Smak lata fr.2


Ach, ten cudowny szum brzeziny! Przed laty niewielki zagajnik posadzony przez ojca na kupionej od sąsiada ziemi, dziś olbrzymi, gęsty las rozbrzmiewający kaskadą dźwięków. W dzieciństwie uwielbiała to miejsce pełne tajemniczych, kuszących zakamarków, wydeptanych wśród wysokich traw ścieżek prowadzących do tylko jej wiadomych skrytek, w których znikała na całe popołudnie. Matka szukała jej czasem bezskutecznie w tym wydawałoby się bezkresnym gąszczu zieleni. 
- Obiecaj, że zawsze będziemy razem, Zosiu - szeptała jej do ucha Anka, kiedy ukryte w brzozowym szałasie słuchały nawoływań mamy.
- Oj, męczysz - odpowiadała zniecierpliwiona, ale chwilę później, mocno obejmując przyjaciółkę, powtarzała drżącym głosem: - Obiecuję, że zawsze będziemy razem. Przysięgam na wszystko, że nigdy stąd nie wyjadę... Przysięgam!
Potem biegły między młodymi brzózkami, trzymając się za ręce, aż do tego miejsca na polu, gdzie rosły jeżyny. Objadały się soczystymi owocami, żartując i śmiejąc się wniebogłosy.

06 lipca 2016

Smak lata fr.1


Owoce były duże i soczyste, nawet przy delikatnym dotknięciu pękały, a skapujący z nich fioletowoczarny sok brudził dłonie. Zosia zrywała je ostrożnie, omijając wyrastające z pędów duże, hakowate, wygięte ku dołowi kolce. Jeszcze wczoraj była daleko stąd, popołudnie spędziła w pracy, dziś spaceruje w jaskrawych promieniach słońca i objada się owocami. Aż trudno uwierzyć, że to wszystko prawdziwe. Nacisnęła leciutko mięsisty owoc. Przez moment patrzyła, jak z wnętrza jeżyny sączy się sok, potem oblizała palce, rozkoszując się lekko gorzkawym smakiem. W upalne lato żaden owoc nie gasi tak skutecznie pragnienia jak jeżyna. Smak lata, pomyślała, z uśmiechem zrywając kolejny owoc. A więc udało się, jest tutaj znowu, jak przed laty... Obawy, że szef nie da jej urlopu, rozwiały się w okamgnieniu, gdy tylko weszła do gabinetu i usiadła na wprost eleganckiego, lekko szpakowatego mężczyzny. Szef nic nie mówił przez dłuższą chwilę, ale Zosia znała go na tyle dobrze, by wyczytać prawdę z jego siwych oczu. Zanim padło to jedno upragnione słowo, ona już wiedziała. Urlop! Wreszcie się doczekała! Miesiąc urlopu w pełni jej się należał, zasłużyła sobie po tym, co zrobiła. Sfinalizowała przecież kontrakt stulecia, który miał przynieść firmie horrendalne zyski. Miesiąc na wsi u rodziców jako nagroda za kilkumiesięczną harówkę, czyż nie brzmi to pięknie? Koleżanki patrzyły z zazdrością, gdy wychodziła z biura tanecznym krokiem. Opuszczała duszne, zatłoczone miasto z radością i uczuciem ulgi. Nie znosiła tego miejsca, swojej kawalerki w wieżowcu stojącym przy jednej z najruchliwszych ulic miasta, biurowca, w którym mieściła się siedziba firmy, betonu, wiecznego hałasu i smrodu. Nie powinna była stąd wyjeżdżać, osiedlać się tak daleko od rodzinnego domu, przecież obiecała... Obiecała sobie i Ani... O Boże! Ile to już lat minęło od tamtego dnia? Dwadzieścia? Nie, nie dwadzieścia... Więcej! Dokładnie dwadzieścia pięć.

05 lipca 2016

Robot


Kolejny dzień pełen identycznych czynności. Wczoraj i dziś zlewają się w jedno. Świeże, wilgotne powietrze delikatnie muska Alicję po twarzy, ale ona nie zwraca na to już uwagi. Od dawna się nie uśmiecha, nie rozmawia z przyjaciółmi, nie chodzi do ukochanego kina. Jeszcze przed rokiem takie codzienne drobiazgi sprawiały jej przyjemność. Śpiew słowika upajał, a chłód porannej rosy orzeźwiał. Wtedy było inaczej. Teraz Alicja czuje się pusta. Wykonuje wszystko mechanicznie jak zaprogramowana maszyna. Oto robot idzie do sklepu, na sztywnych nogach spaceruje między regałami wypełnionymi towarem, wkłada do koszyka bułki, masło, mleko, ser i mięso. Robot sprząta, odsuwa fotele, ściera kurze, wkłada brudne ubrania do pralki, potem obiera ziemniaki, smaży kotlety. Robot uspokaja dzieci. Znowu się kłócą. Wrzask rani uszy robota, wrzask nieludzki, przenikliwy, nieznośny. Robot patrzy w lustro na swoje odbicie, odgarnia włosy, maluje szminką usta, zawiązuje na szyi apaszkę. Unosi kąciki ust, kiedy mąż wraca z pracy. Przez znaczną część nocy robot czuwa. 

04 lipca 2016

Babcine oczy


Myślę, że to zaczęło się wtedy, gdy umarła jej babcia. Staruszka, chora od lat na Alzheimera, odeszła w czerwcu, w miesiącu kwitnienia swoich ulubionych lilii. Alicja długo nie mogła pogodzić się z tym faktem. Na początku wiadomość o śmierci babci w ogóle nie dotarła do dziecięcej świadomości. Stojąc w przykościelnej kaplicy nad otwartą trumną, dziewczynka była pewna, że ukochana staruszka lada chwila otworzy oczy, zachichocze triumfalnie, zaklaszcze w dłonie, jak miała w zwyczaju robić, gdy udało jej się kogoś przechytrzyć, a potem wszystkim rozpowie, że to była tylko zabawa, kolejny żart. Alicja z uwagą śledziła dziwnie bladą, jakby woskową twarz, przyglądała się kącikom ust, powiekom, każdej zmarszczce, nie dowierzając, że babcia jest w stanie tak długo wytrzymać bez ruchu. Cierpliwie czekała na najmniejsze drgnienie mięśni, ruch gałek ocznych, które zdradziłyby podstęp. Babcia nie poruszyła się, ani w zakładzie pogrzebowym, dokąd sześcioletnia wówczas dziewczynka pojechała z rodzicami, ani w przykościelnej kaplicy, ani też na cmentarzu, kiedy uchylono na moment wieko trumny i wszyscy zaczęli głośno płakać. Oczy babci pozostały zamknięte. Alicja jeszcze długo potem próbowała przypomnieć sobie ich kolor, skrupulatnie przeglądała zachowane przez rodzinę zdjęcia, wypytywała matkę. Dręczyło ją to, nie dawało spokoju. Rodzice zdawali się nie dostrzegać problemu, choć płacz dziecka często wybudzał ich w nocy. Każdy ma swój sposób przeżywania żałoby, mawiali, gdy dziewczynka osowiała siedziała w kącie babcinego pokoju. To, co wydarzyło się później, musiało mieć związek ze śmiercią babci Franciszki. 

03 lipca 2016

"Wirtualny szczur" fr.18 - Ranek


Powinien zaczekać do jej powrotu, podziękować za gościnę. Tego ranka wyszła do pracy jak co dzień, zostawiając mu na patelni jajecznicę z boczkiem i szczypiorkiem. Jadł ze smakiem, spoglądając na podomkę w grochy przewieszoną przez poręcz krzesła. Intensywnie pachniała potem. Natasza wstawała zawsze o świcie, robiła śniadanie, a potem zapamiętale szorowała w kuchni gary. Była pod tym względem pedantyczna. Lubił patrzeć, jak zgrzana odrzuca długi, gruby warkocz na plecy, pochyla się nad kuchennym zlewem i pucuje naczynia, kraśniejąc coraz bardziej na twarzy. Podomka w kropy opina się na wydatnych, kobiecych kształtach. Stawał w progu i w milczeniu wodził wzrokiem po tym jędrnym, zdrowym ciele. Ilekroć Natasza przyłapała go na podglądaniu, śmiejąc się swawolnie, groziła mu palcem jak niesfornemu chłopcu. Wyglądała pięknie. Miał wtedy ochotę zerwać z niej podomkę. Ten typ kobiety podniecał Antoniego od zawsze. Zakochał się jednak w intelektualistce. Joanna nie znosiła gotowania, więcej czasu spędzała w swoim gabinecie niż w kuchni, czasem do późna ślęczała nad rozprawami naukowymi. Posiłki przygotowywała szybko, jakby od niechcenia, pozostawiając górę brudnych naczyń w zlewie. Z tym Antoni musiał radzić sobie sam. Przyjście na świat Basi niewiele zmieniło, obowiązek opieki nad dzieckiem spadł głównie na jego barki. Nie skarżył się. Dziewczynka rosła zdrowo, a jej radosny szczebiot rekompensował zmęczenie i niewyspanie. Było warto. Po śmierci Joasi córka stała się jedyną bliską mu osobą. Dzięki niej nie stracił kontaktu z rzeczywistością, utrzymał się na powierzchni. Miał przecież dla kogo żyć. Z zamyślenia wyrwał go dzwonek telefonu.
- Wstałeś już? - Usłyszał w słuchawce wesoły głos Nataszy.
Troszczyła się o niego. Jak jej powiedzieć, że musi odejść? A może poprosić, by zaczekała? Zaczekała? Po tym wszystkim nie będzie miała już na kogo czekać. Nie, nic jej nie powie. Niech pomyśli, że jest draniem, skończonym łajdakiem, który skorzystał z okazji, a potem uciekł.
- Tak, wstałem niedawno - odpowiedział sucho.

28 czerwca 2016

Klaun fr.1 (Świerszcz w trawie)

Od dawna nie czuł się tak dobrze. W tym przebraniu, nie budząc żadnych podejrzeń, mógł swobodnie poruszać się po szpitalu i dokończyć swoje dzieło. Miał przecież bilet wstępu. Obszerny, barwny strój klauna doskonale maskował poparzoną skórę. W lateksowej masce z wyciętymi otworami na oczy i sztucznymi, czerwonymi włosami był praktycznie nierozpoznawalny. Obecność klauna na szpitalnym korytarzu nie stanowiła dla nikogo sensacji. Pracownicy byli przyzwyczajeni do wolontariuszy poprzebieranych w dziwaczne, bajkowe stroje. Ludzie ci, wcielając się w jakąś postać z ulubionych dziecięcych kreskówek, mieli przecież za zadanie rozweselać najmłodszych pacjentów. Nie stanowili dla nikogo zagrożenia. Piękna idea godna podziwu i wsparcia. Co dzień na oddziale pediatrycznym pojawiał się ktoś inny, jakiś życzliwy wolontariusz, nikt w recepcji tego nie rejestrował, nikt nie legitymował przybyłych. Kowal znał te zasady, swego czasu bywał tutaj często, toteż pomysł z wykorzystaniem kostiumu klauna od początku przypadł mu do gustu. Świetny kamuflaż na polowanie, pomyślał przed laty, widząc maskę na jednej ze sklepowych witryn. Użył jej tylko raz. Już nawet nie pamiętał, jak miała na imię dziewczyna, którą w tym przebraniu zwabił w pułapkę. Stare dzieje... Teraz liczy się tylko ona, brązowooka piękność, o której śnił co noc i której cząstkę dostrzegał w każdej upolowanej dziewczynie.
- Alis... Alis... - szepnął, sunąc tanecznym krokiem po śliskiej posadce.
Czuł ją. Wiedział, że była blisko, na wyciągnięcie ręki. Nikt mu jej tym razem nie odbierze. Matka byłaby z niego dumna. 

26 czerwca 2016

"Wirtualny szczur" fr.17 - Znieczulenie

Rychu wrócił do domu wściekły. Od razu zrzucił ubranie, niemiłosiernie już cuchnęło. Spocony usiadł przy kuchennym stole, ciężko oddychając. W niewielkim pomieszczeniu było duszno, mimo to nie otworzył okna. Nic nie powinno go w tej chwili rozpraszać. Musiał się skoncentrować, pozbierać w całość walające się po głowie skrawki myśli. A więc o jego przyszłości miał zadecydować sąd? Wciąż temu nie dowierzał. Co u diabła miało to wszystko znaczyć? Konopie indyjskie w ogrodzie, prokurator na karku... Jeszcze rano był wolnym, beztroskim człowiekiem, a teraz? Skąd konopie? Podobno trzy marne sadzonki! I ta ciota aspirant Gawlik, hm... Zeznał, że został napadnięty podczas pełnienia czynności służbowych. Bzdura! Wierutna bzdura! Brakuje jeszcze do kolekcji oficjalnego oskarżenia tej starej moherowej jędzy. Telefon na policję to przecież jej sprawka. Koszmar, koszmar i jeszcze raz koszmar. Nie, za niewinność nie ma zamiaru iść do ciupy. Wynajmie adwokata, najlepszą papugę w mieście. Dadzą popalić tym idiotom, zaskarżą ich, a potem będą się pławić w kasie. Tak, właśnie tak zrobi! A ta historia ze szczurem? Czary jakieś! Halucynacje? Czort jeden wie! Cholera... Bez znieczulenia nie da się tego przetrawić. Zaraz... Gdzieś tu była flaszka. Kiedy otworzył lodówkę, owionął go przyjemny chłód. Szybko zlustrował półki. Jest! Setka wódki dobrze mu zrobi. Rozejrzał się za kieliszkiem. 
- Cholerne kurduple! Nogi im z dupy powyrywam! - zabełkotał, delektując się gorzkim smakiem alkoholu.
To te bachory z sąsiedztwa tak go urządziły. Na pewno one, no bo kto inny? Na komisariacie nawet nie chcieli słuchać, ale on jest pewien. Widział te diabelskie pomioty szwendające się po ogrodzie. Do głowy nawet by mu nie przyszło, co knują. Jeszcze jeden kielonek... Dobra, schłodzona, znajoma, przyjemna goryczka. Skrzywił się. Zdecydowanie lepiej. Nie ma jak seta, wierna towarzyszka, pocieszycielka, zawsze przynosiła szybką ulgę.
- No to ruszamy w rejs, mała - szepnął i pogłaskawszy czule szyjkę butelki, nacisnął włącznik laptopa.
Jak zwykle ani jednej wiadomości. Od dawna nikt do niego nie pisał, za to on był mistrzem korespondencji, błyszczał na niejednym forum. Znali go wszędzie i drżeli, żałosne robaki... Od zawsze miał lekkie pióro, ale i ostre. Z czasem zyskał nawet zwolenników, gorliwych wyznawców wspierających go w dziele. Tutaj, w wirtualnym świecie, nie czuł się samotny. Tutaj był panem, szafarzem dusz. Nienawidzili go i kochali. Miłe podniecenie sprawiło, że zapomniał o kłopotach. Co tam konopie, prokurator, sąd, należą do tamtego świata, a tamten świat może zaczekać. "Kto pozwolił ci się tutaj zalogować? Nigdy nie czytałem czegoś równie beznadziejnego", napisał pod łzawym wierszem jakiegoś usera. "To na początek, dla rozgrzewki", pomyślał i kliknął w enter.

Niebieska marynarka

Ciało siedziało tam nadal. Wciśnięte między dwie tłustawe matrony ociekające głupawym zachwytem, mdłym oddaniem pustej idei, wyglądało j...