28 lutego 2015

Powrót na wrzosowisko (cz.63) - Labirynt

                                                                     Wiki Arwena
        W hotelu pustka. Budynek był zimny i nieprzyjazny. Pogrążony w mroku przypominał jakiś przerażający labirynt. Nie odnalazłszy włącznika światła, szliśmy niemalże po omacku. Cel wydawał się nieuchwytny, chociaż byłam pewna, że drzwi do pokojów znajdują się tuż za rogiem. Przeszliśmy już kilkanaście metrów, nie natrafiając na żadne z pomieszczeń. Pokoje zginęły wśród plątaniny korytarzy. Podłoga skrzypiała pod ciężarem naszych kroków, a dźwięk niósł się wśród pustki. Dom oddychał.
- Mój Boże - szepnęłam, przeczuwając, że to nie koniec niespodzianek. - Co tu się dzieje?
- Obawiam się, że wdepnęliśmy w niezłe bagno - odrzekłeś. - Niech no ja tylko dorwę tą milutką staruchę!

27 lutego 2015

Powrót na wrzosowisko (cz.62) - Tajemnica barmana

                                                                     Wiki Arwena
          Miasteczko odstręczało pustymi ulicami. O ile wieczorem wrzało od głośnych rozmów i śpiewów, w świetle dnia przerażało bezruchem i grobową ciszą. Uderzył mnie spokój tego miejsca. Żadne auto nie przemknęło obok naszego, liczne na rynku sklepy kipiały od nadmiaru towarów, ale nikt do nich nie wchodził, nikt nie robił zakupów. Miasto sprawiało wrażenie wyludnionego, chociaż był środek tygodnia, godzina powrotu z pracy do domu. "Czy nikt w tym mieście nie pracuje?" - pomyślałam, gdy dotarło do mnie, że zwyczaje tutejszych ludzi daleko odbiegają od tych, z którymi stykałam się do tej pory. Zajęta przeżyciami ostatnich dni nie zwracałam uwagi na panującą w miasteczku inność. Wróble jak dawniej świergotały w gałęziach drzewek okalających rynek, ale ludzie nie pokazywali się na ulicy w dzień. Mogłam policzyć na palcach tych, z którymi zetknęłam się o tej porze. Pamiętałam uśmiechniętą twarz pracownicy cukierni i pulchnego właściciela baru, nikogo poza nimi. Wszyscy inni kryli się w mieszkaniach jak krety, za dnia ospali, wyciszeni, niewidzialni, w nocy hałaśliwi i radośni. Na obiad wstąpiliśmy do tego samego baru co wczoraj. Jak zwykle o tej porze lokal świecił pustkami. Było nam to na rękę. Gwar męczył i nie pozwalał na zebranie myśli. Mieliśmy nadzieję posilić się i zanim lokal wypełnią ludzie, porozmawiać o przeżyciach dnia. Tyle różnych spraw wymagało dokładnego przeanalizowania. Niektóre dopiero z perspektywy czasu stawały się mniej zagadkowe. Należało przyjrzeć się im dokładnie z dystansu, bez emocji towarzyszących w chwili ich przeżywania. Wizyta za Tarninowym Wzgórzem dostarczyła nowych informacji. Przede wszystkim nurtowały mnie otrzymane od Traczykowej zdjęcia, szczególnie to jedno z napisem. Właściciel baru powitał nas zdziwiony.
- Widzę, że spodobało wam się w miasteczku! - rzekł na wstępie i zanim przyjął zamówienie, dodał nieco ciszej - Wyjedźcie stąd jeszcze dzisiaj...
- Mógłby pan mówić nieco jaśniej... Skąd te dobre rady? Ostatnio był pan bardziej rozmowny  - zapytałeś szorstko.
Barman rozejrzał się na boki. Wyczułam, że ten człowiek czegoś się boi. Ale czego? W pomieszczeniu nie było nikogo, a mimo to mężczyzna ściszył głos. Wyraźnie był czymś zdenerwowany.
- To nie moja sprawa ... Po prostu wyjedźcie dla własnego bezpieczeństwa - odpowiedział i odszedł szybko na zaplecze.
- Ech, chyba nic dzisiaj tutaj nie zjemy! Niegościnna ta knajpa - zaśmiałeś się beztrosko.
- Nie uważasz, że powinnyśmy wypytać go o szczegóły? Zachowuje się tajemniczo... W ogóle wiele się w tym miasteczku zmieniło - odrzekłam zaniepokojona.
- Nie teraz... Widzisz przecież, że facet trzęsie się jak osika - powiedziałeś cicho. - Chodźmy stąd, Alu. Lepiej, żeby nas tu nie było, gdy zaczną się schodzić odmieńcy. Może pani Różyczka użyczy nam kuchni.

26 lutego 2015

Powrót na wrzosowisko (cz.61) - Omen

                                                                    Wiki Arwena
     Byłeś wstrząśnięty całą sytuacją. Stojąc na środku drogi, w miejscu, w którym jeszcze przed chwilą znajdował się tajemniczy mężczyzna, rozglądałeś się gorączkowo za jakimikolwiek śladami jego bytności. Oprócz odciśniętych w śniegu opon samochodu i tropów zwierząt nie było nic. Neron biegał wokół auta i poszczekiwał zdezorientowany. Nadal był niespokojny.
- Jak wyglądał ten mężczyzna? - zapytałam tylko po to, by przerwać milczenie i nieco uspokoić rozkołatane serce. - To dziwne, że nie ma żadnych śladów.
Wróciłeś do samochodu i ciężko westchnąwszy, usiadłeś za kierownicą. Po chwili oświadczyłeś:
- Tak, to dziwne! Alu... Widziałem go przez ułamek sekundy tak wyraźnie jak teraz widzę ciebie. Wyglądał całkiem zwyczajnie, był ubrany w jakieś szare ciuchy, taki niewysoki blondyn na krótkich nogach. Nie wyróżniał się niczym szczególnym. Po prostu pojawił się nagle i stał nieruchomo odwrócony twarzą w kierunku nadjeżdżającego auta. Uderzyłbym w niego, gdybym nie zahamował. Pierwszy raz coś takiego mi się przytrafiło... To jakaś przestroga!
- Omen... - szepnęłam i ponownie rozejrzałam się wokół.
Była słoneczna pogoda. W krzewach tarniny świergotały wróble, a po niebie szybował jastrząb. Z łatwością rozcinał przejrzyste powietrze. Wrzosowisko, nawet teraz, gdy zima rozpostarła swoje lodowate skrzydła, tętniło życiem.
- Omen to rodzaj ostrzeżenia - dodałam i poczułam, jak drętwieje mi skóra na karku. - Myślę, że tym razem to był znak skierowany do ciebie.
- Myślisz, że grozi mi jakieś niebezpieczeństwo? - zapytałeś wyraźnie już uspokojony. - A więc wyjdę mu naprzeciw! Obydwoje mamy chrzest bojowy za sobą! Wtajemniczenie pierwszego stopnia...
Uśmiechnąłeś się błazeńsko i schyliłeś, by pozbierać leżące w nieładzie fotografie. Niełatwo było cię przestraszyć. Wrodzona pogoda ducha nie pozwalała ci zbyt długo roztrząsać problemy.
- Spójrz na to zdjęcie... - powiedziałeś nagle. - Coś jest napisane na jego odwrocie. Nie zwróciłem wcześniej na to uwagi.
Podczas gwałtownego hamowania samochodu zdjęcia wypadły mi z rąk i rozsypały się. Rzeczywiście, na jednej z nich, w prawym dolnym rogu widniał niewielki, lekko rozmazany napis.

25 lutego 2015

Powrót na wrzosowisko (cz.60) - Przeczucie

                                                                      Wiki Arwena
         Zapatrzona w fotografie nie zwracałam uwagi na okolicę. Przez cały czas dręczyły mnie pytania związane z treścią zdjęć. Co niezwykłego spostrzegł na nich Traczyk? Nie widzę różnicy między jednym a drugim. A może mężczyzna był obłąkany? Nie, o to samo  nie tak dawno podejrzewałam siebie. Nie wolno mi tak myśleć. A ty? Jakie jest twoje zdanie w tej sprawie? Wyglądasz na człowieka, który twardo stąpa po ziemi. Nie zwiodą cię byle poszlaki. Pokonaliśmy znaczną część drogi, a ty nadal milczałeś. Nie podzieliłeś się wnioskami z wizyty u Traczykowej, nie wyraziłeś ani jednej opinii. Patrzyłeś z uwagą przed siebie. Terenówka bez trudu radziła sobie z kilkucentymetrową warstwą śniegu, starałeś się jednak trzymać wcześniej przetartego szlaku. Zbliżaliśmy się do miasteczka. Jeszcze kilometr, może dwa, jedno wzniesienie i będziemy na miejscu. Neron strzygł uszami. Od momentu, kiedy wyruszyliśmy z wioski za Tarninowym Wzgórzem, był niespokojny, skomlał, poszczekiwał, rzucał się wściekle po tylnym siedzeniu, jeżąc sierść na grzbiecie. On jeden przeczuwał, co za chwilę się zdarzy.
- Co cię napadło, brachu? - zapytałeś, kiedy pies zawył przeraźliwie. - Wyjesz jak opęta...
Nie dokończyłeś. Zahamowałeś gwałtownie. Samochód okręcił się wokół własnej osi, wzbijając w powietrze fontannę śniegu i stanął w poprzek drogi. Na sekundę serce zamarło mi w piersi z przerażenia, po czym zaczęło łomotać gwałtownie, oblewając mnie falą gorąca.  Poczułam ból ramion w miejscu, gdzie przed sekundą werznęły mi się pasy bezpieczeństwa.
- Nic ci nie jest, Alu? - zapytałeś równie przerażony jak ja.
- Wszystko dobrze... Co się stało? Dlaczego zahamowałeś? - szepnęłam.
- Cholera, jakiś człowiek wylazł przed samochód... - krzyknąłeś z wściekłością.
Rozejrzałam się wokół. Droga była pusta. Gdy wysiadłeś z auta, Neron wyskoczył za tobą i węsząc, biegał niespokojnie. Nie było nikogo, nic, żadnych śladów na śniegu, które świadczyłyby o obecności kogokolwiek. 
- Co u diabła? Przewidziało mi się? Niemożliwe! Był tu... - wskazałeś na środek drogi. - Stał i gapił się na nas, czekając aż w niego uderzę! Wyparował? Co tu się dzieje?


24 lutego 2015

Powrót na wrzosowisko (cz.59) - Zagadka

                                                                     Wiki Arwena
      Zdjęcia przedstawiały dom na wrzosowisku sfotografowany z frontu. Stara weranda, zniszczony podziurawiony dach pochylony na prawą stronę, lekko zapadnięty w miejscu, gdzie zawalił się strop, odrapane ściany szczerzące się oczodołami okien, nic niezwykłego, takim widziałam go wczoraj. Zdjęcia zrobiono podczas jesiennego pochmurnego dnia. Zabudowania otacza szarość wyschniętych traw. A jednak było w tych fotografiach coś, co przykuło uwagę Bronka Traczyka. Co? Jeśli wierzyć słowom jego żony, dokładnie analizował zdjęcia i znalazł na nich coś niepokojącego. 
- Ot, zdjęcia! Nie dostrzegam w nich żadnej tajemnicy. Czy możemy je wypożyczyć? - zapytałeś, rozkładając ręce w geście bezradności.
Helena Traczykowa pokiwała głową na znak zgody i spojrzała na mnie ze smutkiem.
- Pani jedna wierzy, że Bronek żyje. Nawet ja straciłam nadzieję...
- Pani Heleno, znajdziemy go! - odpowiedziałam, sama nie będąc tego pewna.
Wracaliśmy, milcząc. Wpatrywałam się w fotografie i miałam dziwne przeczucie, że kryje się w nich rozwiązanie naszej zagadki, na razie zasłonięte przed naszymi oczyma, ale wkrótce znajdziemy właściwą drogę i poznamy prawdę. Tarninowe Wzgórze rysowało się czarnym pasmem na tle błękitnego nieba. Neron skomlał niespokojnie.

23 lutego 2015

Powrót na wrzosowisko (cz. 58) - Zdjęcia

Wiki Arwena
- Tego dnia, w którym Bronek zaginął, nie działo się nic niezwykłego. Było chłodno i mgliście jak to w listopadzie na wrzosowisku. Błoto, że ani dojechać do miasteczka. Na nogach trzeba wszędzie...  Mąż jak zawsze wyszedł po obiedzie na spacer. Nawet się nie pożegnał... - powiedziała drżącym głosem pani Helena, a po chwili dodała z troską - Założył tylko wełniany sweter, czapkę uszatkę, wziął laskę. Zawsze wracał po godzinie. Tego popołudnia nie wrócił...
W piecu buzował ogień, sosnowe polana strzelały, a my milczeliśmy, choć do głowy przychodziły najróżniejsze myśli. W pokoju było przytulnie i ciepło, mimo to poczułam na rękach gęsią skórkę. Prostota i szczerość tej kobiety ujęły mnie, a jej ból i samotność wzruszyły. Co ukrywał przed nią mąż? Może nie chciał jej martwić? Wyraźnie coś go niepokoiło, nie pozwalało spokojnie spać. Pewnie chciał ją chronić, ale przed czym? Dlaczego spalił notatki? Kto go do tego zmusił? Co było w nich zawarte, że zamiast opublikować, zniszczył je? Spojrzałam na ciebie. Siedziałeś przy stole zapatrzony w krajobraz rozpościerający za oknem. Widziałam po wyrazie twarzy, że i ciebie nurtują podobne pytania.
- A czy kiedykolwiek mąż wspominał o starym domu na wrzosowisku? Czy chodził tam? - zapytałam, chcąc przerwać przedłużającą się chwilę ciszy.
Kobieta drgnęła, a jej dotychczas smutne oczy zasłonił niepokój.
- To przeklęte miejsce! Ludzie opowiadali o nim dziwne historie. Bronek był w tym domu, zrobił kilka zdjęć, ale potem nie zachodził tam już więcej, bał się... Nie, nie był zabobonnym człowiekiem, ale coś go zaniepokoiło. Widziałam, jak się denerwuje, gdy porównywał te zdjęcia, czegoś na nich wypatrywał - powiedziała wyraźnie zdenerwowana i przeżegnała się, kierując spojrzenie na obraz Matki Boskiej. - Myślicie, że on tam wtedy poszedł? Tak, przypominam sobie, że wiele razy przeglądał zdjęcia tego domu, nie dawały mu spokoju, czasem nawet w nocy...


22 lutego 2015

Powrót na wrzosowisko (cz.57) - Bronek Traczyk

       
Wiki Arwena 
       Notatki Traczyka przepadły. Bez słowa wytłumaczenia spalił na oczach żony grube zeszyty z zapiskami. Zdziwiła się. Wiedziała, ile czasu poświęcił na ich zgromadzenie i jakie były dla niego ważne. Jeszcze przed kilkoma dniami planował spotkać się z wydawcą, a teraz stał przy piecu i patrzył, jak płomienie zachłannie pożerają zdobycz, plon jego kilkumiesięcznej pracy, potem odwrócił się od paleniska, założył wełniany sweter i wyszedł z chałupy do pracy w obejściu jak zwykł to robić co ranek. Żona widziała przez okno, jak zabiera się do rąbania drzewa. Minionej nocy wiatr przewrócił sosnę rosnącą nieopodal obory. Bronek Traczyk piłą poćwiartował drzewo, zwlókł kawałki  w jedno miejsce, rąbał je siekierą na drobne polana i układał w szopie aż do momentu, kiedy Helena zawołała go na obiad. Był bardziej mrukliwy niż zwykle, ale nie pytała o przyczynę tego nastroju. Znała go od lat i wiedziała, że wcześniej czy później opowie jej o wszystkim. Zawsze tak robił. Zwykł milczeć przez kilka godzin, potem w najmniej oczekiwanym momencie otwierał przed nią duszę i wyjawiał wszystkie przemyślenia. Dlaczego tym razem miałoby być inaczej? Siedzieli w milczeniu przy obiedzie. Bronek jadł bez apetytu. Miał poszarzałą twarz, zmęczone oczy i drżące ręce. W nocy znów nie spał. Co jakiś czas zapalał światło, kręcił się po izbie, spoglądał przez okno w ciemną noc. Gdzieś z oddali dobiegały odgłosy zwierząt. Znała je dobrze. To wycie wilków. Tej jesieni było ich więcej niż zwykle. Czasem podchodziły do samej wioski, a wtedy odgłos ich ujadania mroził krew w żyłach. Gdy pierwszy raz usłyszała ich wycie, miała wrażenie, że to sam diabeł wyszedł z piekła, by okazać swoją moc. Czytała, że wilki nie są groźne. Zabijają tylko wtedy, gdy muszą. Bała się ich jednak przeraźliwie i nigdy, nawet w dzień, nie oddalała się sama od domostwa. Bywało, że Bronek wychodził w nocy, wtedy bała się o niego najbardziej. Niepokój przenikał jej duszę i nie mogła zmrużyć oka aż do białego rana. 

Niebieska marynarka

Ciało siedziało tam nadal. Wciśnięte między dwie tłustawe matrony ociekające głupawym zachwytem, mdłym oddaniem pustej idei, wyglądało j...